Różowa nitka, czyli cud narodzin na covidowym oddziale

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz / Dziennik Polski / Polska Press
Maria Mazurek

Różowa nitka, czyli cud narodzin na covidowym oddziale

Maria Mazurek

Anna Kilian: Z porodu pamiętam jeszcze, jak pokazują mi dziecko. Gdy się obudziłam, myślałam, że minęło pół godziny. Okazało się, że minęło pięć dni, a ja przez ten czas leżałam pod respiratorem. Mój syn, wcześniak, toczył swoją walkę.

Czasem w życiu jest tak, że kogoś się poznaje i prawie od razu się wie: to ta osoba, z którą chce dzielić się życie.

Ania i Dominik poznali się sześć lat temu, pobrali - rok później. Jak na pięć lat, bilans ich małżeństwa jest całkiem solidny: wymarzony dom pod Krakowem, mnóstwo dobrych chwil, czworo dzieci.

Każde kompletnie inne. Weźmy Basię i Ulę. Bliźniaki jednojajowe dostają po identycznym pakiecie genów, powinny więc - przynajmniej w teorii - być identyczne. U tych dwulatek kończy się na podobieństwie fizycznym. Ula jest jak szczeniak bernardyna: wesoła, głośna, bardzo ekspresyjna, trochę niezdarna, kocha jeść. Basia jak kot: bardziej skryta, chodząca własnymi ścieżkami, więcej obserwuje niż mówi, prędzej się obrazi niż krzyknie, odda czekoladę za ogórka kiszonego. Czteroletnia Tereska, najstarsza, to księżniczka: z kolorów akceptuje tylko róż i zawsze musi być w centrum zainteresowania.

Za to najmłodszy, 8-miesięczny Pawełek (ale że był wcześniakiem, to można odjąć mu dwa miesiące) to dziecko-ideał. Niemarudzące, niepłaczące, potrafiące zająć się sobą.

Te osiem miesięcy temu oboje, Ania i Paweł, matka i syn, walczyli o przetrwanie. Ania trafiła z ciężkim covidem do szpitala, stąd przedwczesny poród. Pamięta jeszcze z niego, jak pokazują jej Pawełka. Kolejne dni spędziła pod respiratorem. W tym czasie chłopczyk na neontologii toczył batalię o swoje życie.

Żaden wybór

To było jeszcze przed masowymi szczepieniami dla wszystkich, w marcu. Nie wiedzą, skąd się to przyplątało. Może Tereska przyniosła z przedszkola? A może - potem to analizowali - złapali wirusa na zakupach, na które pojechali w weekend? Albo mama Ani zakaziła się w pociągu, którym jechała odwiedzić córkę i jej rodzinę pierwszy raz od dłuższego czasu? To zresztą już nieważne. Złapali i koniec. Cała rodzina: Ania, Dominik, rodzice Ani. Córeczki - nie wiadomo. Jeśli przechodziły infekcję, to bezobjawowo.

Początkowo Ania nie panikowała. Jest umysłem ścisłym, fizykiem jądrowym; wiedziała, że statystyka - mimo wszystko - jest po ich stronie. Ale czuła się coraz gorzej, z trudem łapała oddech. Lekarz rodzinny odesłał ją do szpitala na Kopernika, na covidową ginekologię i położnictwo. Tam przez kilka dni próbowano jakoś ją z tego wyciągnąć, szczególnie że było za wcześnie na bezpieczne rozwiązanie ciąży, dopiero 29 tydzień, duże ryzyko.

- Tylko że z dnia na dzień się pogarszało - wspomina Ania. - Prawie cały czas kaszlałam, dusiłam się, dyszałam, nie mogłam złapać oddechu. Jakbym non stop biegła. Przerażające uczucie.

W pewnym momencie parametry (i jej, i dziecka) były już tak kiepskie, że lekarze dali Ani wybór: dalej czekają albo natychmiast rozwiązują ciążę. - Tylko że to był żaden wybór. Wiedziałam, że jeśli nie zgodzę się na cesarkę, to prawdopodobnie umrzemy oboje. Ja i dziecko - opowiada Ania. Lekarze uspokajali, że zazwyczaj po porodzie covidowe pacjentki odnotowują poprawę. Na to wskazywały też obserwacje Ani z tych kilku dni w szpitalu - poznała tam kobiety, które po cesarskim cięciu szybko wracały do sił.

Zabrali ją na cesarkę - duszącą się, walczącą o każdy oddech - natychmiast, nawet nie przebierali. Ania, jadąc na salę, powiedziała jeszcze do położnej: Ja tutaj umrę.

Potem kobieta wyznała jej, że śniło jej się to po nocach.

Przebudzenie

Z porodu pamięta głównie dwie rzeczy: widok malutkiego Pawełka, którego na chwilę jej pokazali, żeby zaraz zabrać. I jeszcze narastające wrażenie duszności. - Odebranie porodu to jest chwila. Natomiast później zszycie tego wszystkiego trwa całą wieczność. Pamiętam, że najbardziej dusiłam się w pozycji leżącej, siedzenie przynosiło mi odrobinę ulgi. Błagałam lekarzy, żeby się pospieszyli, że już nie daję rady leżeć - opowiada Ania.

Potem usłyszała „idziemy spać” (anestezjolog dopiero później powie jej, co się wydarzyło: w trakcie operacji zapadły jej się płuca, po prostu przestały działać).

Kiedy się obudziła, myślała, że minęło pół godziny. Okazało się, że minęło pięć dni. Przez ten czas leżała pod respiratorem w bardzo ciężkim stanie. Jej synek - jak to z wcześniakami bywa - walczył o życie na neonatologii.

W tym czasie mąż - też kiepsko znoszący covid, z wysoką gorączką - siedział na izolacji w domu, opiekując się trzema zdezorientowanymi, małymi dziećmi. Ze świadomością, że ich mama może już nie wrócić. I że najmłodsze dziecko, jedyny syn, też teraz toczy swoją walkę, która może skończyć się różnie.

Kompletna bezsilność.

Spod respiratorów żywymi wychodzi mniej niż połowa pacjentów.

Bez słów

Donata Liberacka, psycholog pracująca na Oddziale Intensywnej Terapii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie - tym samym, na którym leżała Ania - opowiadała mi kiedyś, że moment, w którym pacjenci się wybudzają, jest przedziwny.

Rodzina, lekarze, pielęgniarki - wszyscy wokół się cieszą, czują ulgę, że człowiek odzyskuje świadomość, że żyje, jest nadzieja. Ale pacjent - obolały, zdezorientowany, zazwyczaj na początku nie mogący mówić, ruszać się, dowiadujący się, że otarł się o śmierć - jest zdruzgotany. Dla niego ten moment - radosny dla jego bliskich i opiekunów - jest momentem straty.

Ania: Odruchowo sięgnęłam po telefon, ale okazało się, że nie jestem w stanie ruszyć ręką. Byłam podpięta pod mnóstwo rurek, piszczących aparatur, w samej pościeli. Wokół leżeli inni pacjenci pod respiratorami, jeden umarł. To był moment, kiedy chorych na covid w ciężkim stanie było najwięcej, szpitale były przepełnione, na oddziale został tylko jeden wolny respirator. Pamiętam rozmowy lekarzy, kogo być może trzeba będzie do niego podłączyć. I czy wystarczy ten jeden.

Przyszedł do niej rehabilitant. - Proszę ścisnąć moją rękę - poprosił. Ścisnęła (tak jej się przynajmniej wydawało). - Proszę ścisnąć moją rękę - powtórzył.

Tak samo z nogami. - Proszę poruszać stopą - usłyszała. Zdawało jej się, że energicznie nią macha. Spojrzała na stopę. Ledwo drgnął jej palec.

Dwa dni po przebudzeniu przyszła pani psycholog z oddziału na Kopernika, gdzie Ania leżała wcześniej. Pokazała jej zdjęcie Pawełka i drugie, Dominika z dziewczynami. Powiedziała, że Pawełek ma pewne problemy, ale jest dzielny, wychodzi powoli na prostą. Mąż i córki mają się dobrze, są w domu. Czekają, tęsknią.

Ania wtedy jeszcze nie mogła mówić (mówienia, podobnie jak ruszania palcami, siedzenia, trzymania telefonu - musiała uczyć się nijako na nowo), więc nic nie odpowiedziała.

Tylko słuchała i czuła ogromną wdzięczność.

Czas

Z czasem i jego postrzeganiem jest dziwna sprawa. W normalnych warunkach przecieka przez palce, dni i tygodnie pędzą, zlewają się ze sobą, pozostawiają wrażenie, jakbyśmy nawet nie zdążyli ich „złapać”.

Gdy jest się mamą - czworga, trojga dzieci, mamą w ogóle - to czasu wiecznie brakuje. Zwłaszcza czasu dla siebie. Każda chwila na to, żeby napić się w spokoju kawy lub po prostu posiedzieć jest na wagę złota. Dzień jest wypełniony od bladego świtu do nocy, czasem nie ma się czasu, by na chwilę usiąść.

Na Intensywnej Terapii jest dokładnie odwrotnie. Czasu ma się dużo, za dużo.

Tylko nie jest w stanie się nic z nim zrobić. Słychać drażniące dźwięki aparatury, pikania, migotania, poza tym - cisza. Czasem przerywana przez rozmowy personelu. Z okna - widok na kolejne okna, w których nic się nie dzieje. Godziny, minuty, nawet sekundy rozciągają się niemiłosiernie, jakby były z gumy i miały zamiar trwać całą wieczność.

Jedyną rozrywką (jeśli można nazwać to rozrywką) stało się dla Ani oglądanie zegara powieszonego w sali. Wskazówka minutowa była prosta, za to godzinowa - zakończona dwoma punktami. Gdy zbliżała się do niektórych cyfr na tarczy, to jakby zlewała się z nimi, tworząc nowe (znane z zewnętrznego świata) kształty. Takie obserwacje wymagają wyćwiczenia wyobraźni i potwornej nudy, podobnie jak to, by w szpitalnej szafce dostrzec zarys uśmiechającej się twarzy.

- Ale nic innego mi nie zostawało, skoro początkowo nie byłam nawet w stanie trzymać telefonu w ręce - śmieje się Ania. - Oczywiście, odwiedzał mnie personel, opieka na tym oddziale jest absolutnie cudowna. Ale to są minuty w skali doby. W pozostałe godziny po prostu leżysz. I leżysz. I leżysz. Początkowo nawet nie spałam, bo bałam się (wiedziałam, że to nieracjonalne, ale nie mogłam z tym nic zrobić), że jak zasnę - to już się nie obudzę.

Nadzieja

Ania - podobnie jak jej mąż - są ludźmi wierzącymi. To w takiej sytuacji bardzo kojące: poczucie, że nawet jeśli umrze - to śmierć nie jest przecież końcem. A po drugie, że nie jest z tym swoim covidem, na łóżku Intensywnej Terapii, sama. Że ktoś nad tym czuwa. Ma plan.

- Zastanawiałam się, jak w takich sytuacjach radzą sobie ludzie niewierzący. Na pewno jest im dużo trudniej - mówi kobieta.

Na położnictwie (z Intensywnej Terapii zawsze wraca się na oddział, z którego się tu trafiło) pojawiła się w tempie ekspresowym, na trzeci dzień po przebudzeniu.

Lekarze, położne i pielęgniarki nie mogły się nacieszyć, tym bardziej że Ania była dość nietypowym przypadkiem: bardzo szybko się zapadła, ale jeszcze szybciej - doszła do siebie. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie, bo przecież wielu pacjentów po takich doświadczeniach miesiącami zmaga się z objawami depresyjnymi czy lękowymi.

- Pewnie znów pomogło bycie mamą. Wiedziałam, że w domu czekają na mnie stęsknione dziewczynki, a na neonatologii - noworodek, który będzie potrzebował, żeby mama go karmiła, nosiła, wstawała w nocy.

Wróciła do domu już po tygodniu. Dzień wcześniej, niż zalecali lekarze - właściwie to wypisała się wcześniej na własne życzenie, by wrócić do domu na urodziny bliźniaczek.

Tereska miała do niej jedno zasadnicze pytanie.

Czy nitka, którą zszywali jej brzuch, była różowa.

Nowe życie

Pawełek jak na wcześniaka był szczęściarzem: urodził się dość duży i silny. Nie miał też covida, choć przyplątały się inne zakażenia.

W szpitalu spędził w sumie półtora miesiąca. Ania zobaczyła go dopiero po dwóch tygodniach od narodzin, Dominik - po sześciu.

Jej pierwsza myśl po zobaczeniu syna: Boże, jaki malutki. Choć przecież, jak na wcześniaka, Paweł malutki wcale nie był.

W normalnych czasach na neonatologii - we wzruszający sposób opowiada o tym kierujący oddziałem profesor Ryszard Lauterbach - mamy spędzają z maluszkami całe dnie. Lekarze bardzo zachęcają ich, żeby przytulały swoje dzieci, próbowały karmić, czytały im bajki. Po prostu były obok.

Lekarz w jednym z wywiadów dla „Gazety Krakowskiej” tłumaczył mi to tak: Okazuje się, że ten kontakt, który przez kilka miesięcy jest tak bliski, a który nagle zostaje przerwany porodem - on wciąż, w pewnym stopniu, istnieje. Osłabia się w momencie, kiedy matka jest oddalona od dziecka, ale kiedy jest blisko, zacieśnia się. My to widzimy w zapisie akcji serca takiego maluszka, jego fal mózgowych, w poziomie glukozy. Potrafimy zaobserwować efekt tego u dziecka, choć to są sprawy, które dzieją się poza naszymi możliwościami percepcji i pomiaru. Sprawy, których nauka - przynajmniej na razie - do końca nie wyjaśnia.

Jednak przez pandemię Ania mogła widzieć syna tylko dwa razy w tygodniu po 40 minut.

- Wszędzie czytałam, jak ważne jest, by spędzać maksymalnie dużo czasu z wcześniakiem, jakie to istotne, by go dotykać, karmić, przytulać - opowiada Ania. - Tymczasem ja nie mogłam tego robić. To było bardzo frustrujące. W pewnym momencie po prostu przestałam czytać zalecenia dotyczące opieki nad wcześniakiem.

Za to kiedy Pawełek wrócił do domu, oboje z mężem starali mu się wszystko wynagrodzić: tulić, nosić, kołysać, być cali dla niego.

Ale, paradoksalnie, chłopczyk okazał się najmniej wymagającym niemowlęciem z ich dzieci.

Ania: W jego wieku dziewczyny mocno dawały w kość. Szczególnie Tereska, której nie dało się choć na minutę odstawić do wózka czy łóżeczka, bo zaraz krzyczała wniebogłosy. Pamiętam, gdy przywieźliśmy Pawełka, odłożyliśmy go na chwilę i… cisza. Powiedziałam zdziwiona do męża: Dominik, czy ty widzisz to, co ja? On leży. I on nie śpi. I on nie krzyczy.

Pawełek ma jeszcze trochę do nadrobienia w stosunku do dzieciaczków urodzonych w terminie: przed nim nauka pełzania, siadania, rozpoznawanie gestu pokazywania palcem.

Ma pewne problemy z układem ruchu (nic strasznego, po prostu musi dogonić dzieci, które urodziły się o czasie), więc dwa razy w tygodniu jeździ z mamą na rehabilitację (fizjoterapeutce ciężko uwierzyć, że ma małego pacjenta, który nie dość, że w ogóle nie krzyczy przy ćwiczeniach, to jeszcze zdaje się je naprawdę lubić).

Ale idzie mu dobrze: jest wesoły, towarzyski i pogodny, na swój niemowlęcy sposób potrafi komunikować się z rodzicami, mówi w swoim prostym, maluszkowym języku składającym się z pojedynczych sylab.

Konsekwencje

Ania też bardzo szybko doszła do siebie, choć ciągnie się za nią neurologiczny ogon covida.

- Przed chorobą nigdy nie prowadziłam terminarza; doskonale pamiętałam, kiedy którą dziewczynę trzeba zabrać na szczepienia, która zaraz wyrośnie z bucików, co trzeba kupić podczas spożywczych zakupów - opowiada. - Teraz mam problem, żeby zapamiętać godzinę rehabilitacji Pawełka, a mówimy o ledwie dwóch godzinach tygodniowo I to zawsze tych samych. Jakby mój mózg znajdował się za mgłą - mówi kobieta.

Utrzymują się też problemy z liczeniem, co w pracy fizyka - Ania pracuje w Polskiej Akademii Nauk przy wzorcowaniu urządzeń dozymetrycznych (fakt, że przez ostatnie pięć lat wiele nie przepracowała, ma jednak zamiar wrócić do życia zawodowego) - jest dość niefajne.

- Kiedyś obliczałam proste całki w głowie, a dziś wyciągam kalkulator, jak muszę dodać 18 do 27 - opowiada kobieta.

Pocieszające jest to, że te dolegliwości - powoli, bo powoli - ale mijają.

Poza tym człowiek, który otrze się o śmierć, jeszcze bardziej docenia, co ma. A ona ma wiele: wspierającego męża i czworo wspaniałych (choć dających w kość) dzieci.

Być mamą

Ania: Macierzyństwo to sztuka cierpliwości i odpuszczania. Zanim urodziła się Tereska, wyobrażałam sobie, że będę karmić ją tylko zdrową żywnością i od małego ubierać w gustowne, eleganckie ubranka. Że będziemy rodziną jak z Instagrama. Kiedy jednak już masz dzieci, uzmysławiasz sobie, że - po pierwsze - to wszystko nie jest tak łatwe, jak ci się wydawało i nawet doktorat z fizyki (który może kiedyś skończę) niewiele tu pomoże. Po drugie: dzieci wiedzą swoje i jak masz do wyboru na siłę wciskać córkę w elegancką, prostą i szarą sukienkę, a pozwolić jej ubrać obrzydliwie cukierkową, różową bluzkę z jednorożcem, to czasem dla dobrostanu własnego układu nerwowego wybierasz to drugie. Odpuszczasz perfekcjonizm, uczysz się, że nie o wszystkim musisz decydować i nie nad wszystkim mieć kontrolę.

To może niepopularne, ale prawdziwe: własne dzieci potrafią zmęczyć i wkurzyć, jak nikt.

Ania ma na te najtrudniejsze momenty patent: mówi rodzinie, że potrzebuje odpocząć, zamyka się w sypialni, zakłada na uszy wygłuszające słuchawki i puszcza sobie jakiś film, czyta kryminał albo (teraz bardziej próbuje niż realnie to robi) rozwiązuje zagadki logiczne.

Dominik jest programistą, pracuje zdalnie, więc to ułatwia opiekę nad dziećmi. Rozumie, że żona czasem potrzebuje odpocząć. To jeden z tych zaangażowanych tatów, którzy lubią spędzać czas z rodziną i rozumieją, że nie wszystko musi być na głowie kobiety.

Na przykład to on zajmuje się całą wieczorną rutyną w domu: sprzątanie z dziewczynami, kolacja, mycie zębów, wkładanie piżamy, usypianie. Ania w tym czasie ogarnia dom i Pawełka, ale przyznaje, że męża ma na medal. Na przykład, śmieje się, przy czwórce dzieci nigdy nie kąpała niemowalaka. To „tatusiowa” robota.

A że i mama jest zajęta, często zmęczona, czasem - zniechęcona?

Ania: Pomimo tych wszystkich trudów nie zamieniłabym się z nikim. Bardzo fajnie jest być mamą, to otwiera całkowicie głowę. A właściwie: orzeźwia. Weźmy Święta Bożego Narodzenia. Gdy byłam dzieckiem, bardzo je lubiłam: oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę, prezenty, pasterkę w środku nocy, dzielenie się opłatkiem i wspólne śpiewanie kolęd. Potem, gdy dorosłam, wszystko stawało się trochę mdłe, nudne, przewidywalne. A teraz znów - spędzając święta z dziećmi i patrząc na nie ich oczami - ekscytuję się tym wszystkim, co bawi i cieszyich. Wszystko smakuje bardziej, jest radośniejsze, pełniejsze, kolorowsze.

Wychowując dzieci, przypominamy sobie, czym jest prawdziwa radość.

Maria Mazurek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.expressbydgoski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.