Po mecenasie Andrzeju Jochelsonie nie ma śladu pamięci na wrocławskich ulicach, których nazwy sam tworzył

Czytaj dalej
Fot. arch prywatne
Iwona Zielinska-Adamczyk

Po mecenasie Andrzeju Jochelsonie nie ma śladu pamięci na wrocławskich ulicach, których nazwy sam tworzył

Iwona Zielinska-Adamczyk

Andrzej Jochelson: prawnik, historyk z artystyczną duszą. Żołnierz Września ’39 i obrońca War-szawy, więzień gestapo. Pionier Wrocławia i więzień UB. W 1945 r. nadawał polskie nazwy ulicom Wrocławia i napisał pierwszy przewodnik po tym mieście. Ale ulicy jego imienia wciąż brak

Andrzej Jochelson, rok 1950: „Ten oficer śledczy, który bił, wyglądał zwyczajnie. (...) Pierwszy raz uderzył mnie przy piątym czy szóstym badaniu. Badania u niego zaczęły się 1 grudnia. Miał tzw. chiński system działań, polegający na zadawaniu kilkaset razy jednego i tego samego pytania. Było to przykre, ale całkowicie do zniesienia. Początkowe dwa czy trzy razy w czasie przesłuchania siedziałem w kącie na krześle. Potem badania odbywały się na stojąco. To męczyło, ale dawało się wytrzymać. Natomiast uderzenie pięścią w ciemiączko było doświadczeniem nieoczekiwanym i tym samym przykrzejszym. Rosjanie mają techniczne określenie na to uderzenie: „kazancanie w podza-tyłok”. Uderzył mnie kostkami trzech środkowych zgiętych palców w tylną część czaszki. (...) Trzeciego dnia badań, zamiast tradycyjnego „siadajcie”, oficer powiedział: „Kiedy nareszcie zaczniesz mówić prawdę, ty skurwysynie”. Od tego momentu prysły wszystkie formy. Ale i to było do zniesienia, natomiast „kazancami w podzatyłok” podrywał do buntu całą moją istotę. (...)

Prowadzono mnie do bicia przez trzy tygodnie, zawsze z poszanowaniem niedziel i świąt. Tuż przed Bożym Narodzeniem, 23 grudnia, byłem ostatni raz na ciężkim śledztwie. Uderzono mnie wówczas sto kilkadziesiąt razy. Wprowadzony zostałem uderzeniami w stan określony przez bokserów „groggy”. Chciało mi się wymiotować, wszystko kręciło się i wirowało wkoło mnie, czułem obrzęk skóry na całej głowie. Wówczas ostatnie uderzenie otrzymałem od oficera pięścią w serce. Zemdliło mnie zupełnie. Usiadłem bezwładnie jak wór kartofli. Uczułem piekący ból w okolicy serca, promieniujący na pachę i całe lewe ramię.

WŁADZE BEZPIECZEŃSTWA - w owym czasie niezależne i nie związane z MO - miały do mnie pretensje jako do radcy prawnego Jego Ekscelencji Ks. Inf. Karola Milika. (W 1945 r. pierwszego administratora dóbr kościelnych na Dolnym Śląsku szykanowanego i internowanego przez UB w 1951 roku, pisaliśmy o tym 9 października br. - dop. redakcji) Wraz moim szefem broniliśmy dóbr kościelnych, zagarniętych przez władze świeckie jako „dobra poniemieckie”. (...) Podstawą prawną był przepis, że dobra niemieckie osoby prawnej prawa publicznego przechodzą na własność odpowiedniej polskiej osoby prawnej prawa publicznego. Przeciwnicy wyznawali tezę, że Kościół rzymskokatolicki w Polsce nie jest osobą prawa publicznego. (...) Byłem radcą prawnym w Kurii od 1 listopada 1946 do 31 marca 1948 roku. Mój znajomy z czasów okupacji Stanisław P. radził mi, bym dla uniknięcia szykan i aresztu zrezygnował z pracy w Kurii. Dlatego też z dniem 31 marca 1948 roku rozwiązaliśmy, Jego Ekscelencja i ja, stosunek umowny. Natomiast w kancelarii mojej, prowadzonej prywatnie, pozostały sprawy z pozwów i wniosków Kościoła. I o to „bezpieka” miała do mnie pretensję. Również pretensję mieli do mnie o wystąpienie ze Stronnictwa Pracy. (...) Przed aresztowaniem ważyłem 90 kg, a po wyjściu z więzienia 55 kg. Miałem silne bóle serca (blok), rozstrój organów trawiennych i kaprę (chroniczny katar gruczołów łzowych). Blok i kapra pozostały pamiątką na całe życie”. To niewielki fragment z opisu sposobu śledztwa, jakie UB prowadziło przeciwko mecenasowi Andrzejowi Jochelsonowi w roku 1951, opublikowanego dopiero w 1991 roku w „Odrze”.

Wróg partii

- Ze swojego bardzo wczesnego dzieciństwa mam dwa złe wspomnienia. Stukot ciężkich butów po schodach i walenie w drzwi. Pierwsze, gdy miałem 5 lat. Mieszkaliśmy wtedy w Krakowie, w garsonierze. Pamiętam, jak ojciec wpadł do domu i położył się do łóżka i zaraz potem usłyszałem walenie butów, po drewnianych schodach. Do domu wpadło gestapo i ojca wywlekło z mieszkania. Drugi raz już miałem wtedy 10 lat. Był środek nocy. Usłyszeliśmy krzyki i walenie w drzwi. Mama najpierw kazała mi wrócić do łóżka, ale zaraz potem wróciła i mówi: - Pożegnaj się z ojcem. Wtedy to było UB. Przesiedział w więzieniu przez 9 miesięcy. Bez wyroku. Sprawę umorzono. Jak wrócił, był chory i połamany. - wspomina Albert Jochelson, syn mecenasa, który Polskę opuścił w 1981 roku na fali Solidarnościowej emigracji. Trafił do RPA. Na stałe do Polski powrócił 10 lat temu.

Z dokumentów w Instytucie Pamięci Narodowej wynika, że z powodu „wrogich poglądów i działalności skierowanej przeciwko linii politycznej partii” UB, SB potem WUSW miało stale go na oku. Jeszcze w 1985 roku pojawił się w jego teczce zapis skierowany do wojewódzkich władz PZPR i Urzędu Wojewódzkiego. „Informacja dot. propozycji Naczelnej Rady Adwokackiej do odznaczenia Medalem 40-lecia (...) osób ze środowiska adwokackiego Okręgowej Rady Adwokackiej we Wrocławiu”, w tym A. Jochelsona (występuje jako Johelson), wobec którego WUSW wniosło „przeciwwskazania do nadania odznaczenia”, ze względu na „bliskie kontakty z klerem” oraz fakt, iż „w środowisku adwokackim znany był z prowadzenia dyskusji na tematy dot. nieprawidłowości politycznych i ekonomicznych naszego ustroju”.

Do Wrocławia za chlebem

Mecenas Andrzej Jochelson życiorys miał niezwykły i takim też był człowiekiem. Urodził się w 1911 roku, aż w Semipa-łatyńsku, w Kazachstanie, ponad 5000 km od Polski. W rodzinie lekarza carskiej armii i matki z kozackiej elity. W swojej kronice „Semipałatyńsk Wrocław” pisze, że na Dalekim Wschodzie ich sąsiadami byli Polacy. I ojciec Aleksander Jochelson, który już wcześniej skłonił syna do przyjęcia polskiego obywatelstwa, zaproponował, by przeszedł z prawosławia na katolicyzm i przyjął sakrament Komunii Świętej. Ośmioletni wówczas Andrzej wspomina, że nie był przekonany do zmiany wyznania i zastanawiał się, czy decyzja tak młodego chłopca była zobowiązująca. Jednak do końca życia pozostał katolikiem i jak widać ze śledztwa 1950 roku, zbyt bliska współpraca z klerem skończyła się dla niego torturami. W 1920 roku przyjechał na stałe do Polski, kończył tu gimnazjum, zdał maturę, studiował prawo w Krakowie i Warszawie. Potem w czasie wojny studiował historię sztuki, walczył jako obrońca Warszawy i żołnierz w kampanii wrześniowej. 6 sierpnia 1944 został aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Płaszowie. Komendantem obozu był osobisty wróg Jochelsona, Kurt Luckau, który dopisał przy jego nazwisku, że jest Żydem. Dzięki staraniom żony udało mu się udowodnić swoje prawdziwe pochodzenie i opuścić obóz.

Wojna zbliżała się do końca. W domu Jochelsonów: rodzice plus trójka dzieci niezbyt się przelewało. Gdy tylko Jochel-son dowiedział się, że Bolesław Drobner zbiera do pracy grupy fachowców (pisaliśmy o tym 8 sierpnia br.) i jadą porządkować Wrocław, zgłosił się natychmiast. Do Wrocławia przyjechał 31 maja 1945 r. z grupą 100 osób pod kierownictwem inżyniera Stefana Podgórskiego, późniejszego wiceprezydenta Wrocławia. Rodzinę sprowadził kilka miesięcy później.

Tak pisał Jochelson o swoich pierwszych wrażeniach: „W czasie, gdy uczestnicy pierwszych grup operacyjnych przybyli do Wrocławia, miasto trawił ogień, a przepalone budynki waliły się na chodniki i jezdnie tworząc tam rumowiska nieraz około dwumetrowej wysokości. Podstawowym zadaniem stała się walka z ogniem; równorzędnym - dostarczanie wody do gaszenia pożarów i do picia dla nielicznej jeszcze wówczas ludności zniszczonego miasta. Tych trudnych obowiązków podjęli się mgr inż. Mieczysław Rakisz, pierwszy komendant Polskiej Straży Pożarnej i mgr inż. Jan Dziewoński, pierwszy dyrektor Wodociągów Miejskich”.

Pożary Wrocławia gasił inż. Rakisz, używając maszyn z XIX wieku, z Muzeum Pożarnictwa, bo cały niezbędny sprzęt Niemcy wywieźli z miasta.

- Był członkiem pierwszego Zarządu Miejskiego Wrocławia, w którym pełnił różne funkcje m.in. naczelnika Wydziału Oświaty, Kultury i Sztuki. Powołał do życia pierwszych kilkanaście polskich szkół, tak, że już we wrześniu dzieci mogły rozpocząć naukę - opowiada Kamila Jasińska z Centrum „Zajezdnia”. - Jednocześnie wykładał na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego. Dodatkowo był współzałożycielem Dolnośląskiego Towarzystwa Miłośników Muzyki, które utworzyło szkołę muzyczną. Należał też do zarządu Koła Miłośników Literatury i Języka Polskiego, a będąc historykiem z zamiłowania, wszedł do grona członków założycieli Koła Miłośników Historii. Był jednym z najlepszych znawców zabytków wrocławskich i współzałożycielem Komisji Opieki nad Zabytkami. Na własne życzenie został sekretarzem Komisji Nazewnictwa Ulic w Zarządzie Miejskim i mocno zaangażował się w zmianę nazw ulic Wrocławia. Formalnie w listopadzie 1945 r., ale projekt miał już gotowy w sierpniu.

Autor nazw wrocławskich ulic

Jednym z głównych i pierwszych zadań ówczesnego zarządu miasta wytyczonym przez prezydenta Drobnera było, wśród spraw aprowizacyjnych, porządkowych, osiedleńczych, nazewnictwo ulic. Chodziło o totalne wymazanie z mapy miasta niemieckiej tożsamości. Postanowiono usunąć jakiekolwiek napisy, nazwy i oznakowania w języku niemieckim. Nowi, napływający mieszkańcy czuli się w takich warunków obco i niekomfor-towo. Większość nie znała niemieckiego.

Do zmiany było 1500 nazw. Gdy pojawił się Jochelson, komisja zadziałała niezwykle szybko, kompetentnie i już w kwietniu 1946 roku ulice, place, mosty, dzielnice i osiedla zyskały nowe nazwy. Potwierdzenie tych słów znajduje się w jego kronice: „Ogółem nasza Komisja opracowała 1250 nazw, z czego większa część była mojego autorstwa, ponieważ osobiście dokonywałem przekładów, choć wiele ulic otrzymało nowe, polskie nazwy”.

Około 80 procent pracy ówczesnej komisji, w skład której, poza Jochelsonem, wchodzili: wiceprezydent Podgórski, prof. Antoni Knot, dyrektor biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego jako delegat wyższych uczelni, naczelnik Miejskiego Urzędu Informacji i Propagandy Mieczysław Kofta (ojciec Jonasza Kofty), pozostało do dzisiaj. Przy poszukiwaniu nazw w przypadku Starego Miasta Jochelson sięgał do średniowiecznych korzeni. Wykorzystywał polskie historyczne źródła świeckie i religijne, obecne od wieków we Wrocławiu czy na Dolnym Śląsku, pisarzy, malarzy, naukowców, nazwy geograficzne, roślinne. Ponoć sam Jochelson (który po powstaniu Towarzystwa Miłośników Wrocławia w 1956 roku został prezesem komisji) przygotował aż 1000 nazw. Pomogła mu przy tym znajomość łaciny, zamiłowanie do historii, literatury i sztuki. Po tej pracy pozostał jego 100- stronicowy dokument dotyczący nazewnictwa miejskiego Wrocławia.

Erudycję mecenasa podkreślają i pamiętnikarze, i osoby, które z nim współpracowały, jak na przykład pionier Wrocławia Bernard Jancewicz, obecny szef Komisji Nazewnictwa Ulic przy TMW, który współpracował z Jochelsonem i w 1997 roku, po jego śmierci zastąpił go na funkcji prezesa komisji:

- Jochelson nie opowiadał o swoimi życiorysie prywatnym. Był raczej skryty. Natomiast bardzo chętnie robił nam wykłady na każdy temat z historii czy sztuki. Miał wiedzę wprost encyklopedyczną. Mógł barwnie opowiadać godzinami. Raz byłem u niego w domu. Ściany całe były zastawione książkami.

W 1946 r. nie tylko zakończył główny etap zmian ulic, ale i napisał 60-stronicowy przewodnik po Wrocławiu. W recenzji Zofii Gostomskiej-Zarzyckiej, kronikarce pionierskiego okresu czytamy: „Przewodnik zawiera krótki rys historii Wrocławia z podkreśleniem naszych wpływów w ciągu wieków po oderwaniu go od Polski, następnie opis topograficzny miasta oraz przegląd zabytków architektonicznych i dzieł sztuki”.

W tym samym roku mecenas, a był wtedy naczelnikiem wydziału kultury i sztuki, napisał dramat historyczny o biskupie wrocławskim „Biskup Nankier”, wystawiony w ówczesnym Teatrze Miejskim Dramatycznym, kierowanym przez reżysera Teofila Trzcińs-kiego, także z Krakowa. Spektakl wystawiano 14 razy, ponoć przy pełnej widowni.

To właśnie za szefowania Jochelsona zaczęła działać opera, jedyny ocalały przybytek sztuki, w którym można było wystawiać przedstawienia i organizować koncerty, przybywali aktorzy, którym jego wydział organizował życie, artyści, plastycy z Eugeniuszem Geppertem z Krakowa, pierwszym rektorem Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, której utworzenie, urządzenie i działanie współtworzył Andrzej Jochelson.

„Bo to komuch był”

Na ulicach Wrocławia nie znajdziemy śladu po Jochelsonie. Ten pionier, uhonorowany w 1995 roku Nagrodą Wrocławia za to, że niemal do ostatnich chwil życia pracując w TMW, walczył o pamięć o tych, którzy w najtrudniejszym czasie tworzyli polski Wrocław, wydaje się, że sam został zapomniany. Nie ma ulicy czy choćby skweru swojego imienia, nie ma właściwej informacji na skromnym grobie. Dlaczego?

- Gdy wróciłem do Polski (2010) właśnie o to zapytałem na zebraniu Komisji Nazewnictwa Ulic TWM. Byłem tam dwa razy. Usłyszałem, że zdaniem radnych miasta Wrocławia Pionierzy Wrocławia to były „komuchy”, współpracownicy i podejrzani. Mój ojciec komuch?! - pyta z goryczą Albert, syn Jochelsona. - Ponad 700 Pionierów w jednym worze. Jakim prawem?

Ojcowie założyciele Dolnego Śląska

Zgłoś kandydata

JAK powstanie galeria

Na miano Ojca Założyciela Dolnego Śląska zasługuje wielu wspaniałych ludzi, którzy dali początek naszego życia na tej ziemi. W każdej ze 169 gmin naszego regionu. I z tych postaci chcemy stworzyć Galerię Dolnoślązaków. Kandydatów do niej będziemy prezentowali raz w tygodniu na łamach „Gazety Wrocławskiej” i w specjalnej sekcji naszego serwisu internetowego. A z czasem utworzymy osobną stronę. Do końca roku chcemy zakończyć pierwszy etap tworzenia Galerii, czyli wydać książkę poświęconą tym zasłużonym postaciom. Kto do niej trafi z grona zgłoszonych i przedstawionych kandydatów, o tym zdecydują historycy, przedstawiciele marszałka województwa i wojewody, a także dziennikarze. Ale to dopiero pierwszy etap tworzenia Galerii. W przyszłym roku chcemy otworzyć stałą wystawę w gmachu Urzędu Wojewódzkiego, w którym obraduje również Sejmik Województwa Dolnośląskiego. Wystawa będzie miała wersję mobilną, co umożliwi nam pokazanie jej mieszkańcom różnych miejscowości Dolnego Śląska. Ponadto w przyszłym roku rozpoczniemy produkcję filmu poświęconego Ojcom Założycielom, których przez lata nazywano Pionierami. Na propozycję postaci do Galerii czekamy pod adresem: pionierzy@gazeta.wroc.pl

Iwona Zielinska-Adamczyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.expressbydgoski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.