Niewidome kolarki zwyciężają z tylnego siodełka

Czytaj dalej
Fot. Nadesłane
Dorota Witt

Niewidome kolarki zwyciężają z tylnego siodełka

Dorota Witt

Stają na podium kolarskich zawodów, choć nie widzą mety. Nie widzą nawet roweru. Nie widzą nic albo prawie nic. Oczami w tym tandemie jest pilotka. I nieważne jak bardzo niewidome kolarki na co dzień są niezależne, na torze dają się prowadzić.

- Mniej więcej do piętnastych urodzin żyłam jako osoba pełnosprawna. Wzrok pogarszał mi się stopniowo. To choroba Stargardta, czyli młodzieńcze zwyrodnienie plamki żółtej – mówi Angelika Biedrzycka, która razem z Edytą Jasińską w tandemowym duecie wraz z Adamem Brzozowskim i Kamilem Kuczyńskim zdobyła w tym roku wicemistrzostwo świata w parakolarstwie torowym, a na torze w Pruszkowie, gdzie odbyły się niedawno XX kolarskie mistrzostwa Polski niewidomych i słabowidzących z Edytą Jasińską zostały trzykrotnymi mistrzyniami i rekordzistkami.

- Systematycznie tracę ostrość widzenia – mówi Angelika. - Sposobów leczenia ani w Polsce, ani na świecie do dziś nie ma. Medycy określają ostrość mojego widzenia na 7-8 proc. Na tablicy u okulisty widzę tylko te gigantyczne litery i to pod warunkiem, że stoję nie dalej niż w odległości dwóch metrów. Nie pogodziłam się jeszcze w pełni ze swoją dysfunkcją. Chcę być jak najdłużej niezależna. Pracuję na cały etat i trenuję.

Karolina Rzepa na niedawnych mistrzostwach w Pruszkowie zdobyła trzy brązowe medale w tandemie z Agnieszką Sikorą, solo jest medalistką mistrzostw Europy oraz mistrzostw Polski w bowlingu. Pracuje w fitness klubie jako masażystka. Ma jedynie poczucie światła i to tylko w prawym oku. - Nauczyłam się z tego korzystać w życiu codziennym. W pracy, kiedy chcę dotrzeć do recepcji, wiem, że muszę iść w kierunku światła, w drodze do domu mam kilka świetlistych punktów orientacyjnych. Na torze to się jednak nie przydaje w ogóle – mówi.

Prędkość na torze kolarskim

Obie zawodniczki na kolarskich mistrzostwach reprezentują Pomorsko–Kujawski Klub Kultury Fizycznej Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Łuczniczka” Bydgoszcz.

Angelika Biedrzycka próbowała chyba każdej dyscypliny: od lekkoatletyki, poprzez grę w piłkę nożną, koszykówkę, siatkówkę, aż po podnoszenie ciężarów. - I właśnie w momencie, w którym rozpoczęłam regularne treningi pod okiem trenera, usłyszałam diagnozę – mówi. - Mama, dbając o moją edukację, zmuszona była oddać mnie do ośrodka dla słabowidzących w Warszawie. Tam nauczycielki dostrzegły mój talent sportowy i rozpoczęłam treningi pływackie.

Angelika Biedrzycka przez osiem lat trenowała wioślarstwo. Aż do momentu, w którym przestała dostrzegać boje i zrobiło się niebezpieczne. - Na jednym z obozów sportowych dla niewidomych i słabowidzących pojawił się mój trener wioślarstwa Ryszard Koch i w rozmowie z prowadzącym tam tandemy, Grzegorzem Krejnerem, wspomniał o mnie i moim zamiłowaniu do aktywności. Trafiłam na tor – mówi Angelika Biedrzycka. - Szybko pokochałam kolarstwo. Gdyby ktoś dwa lata temu powiedział mi: wybieraj - długie życie z wadą wzroku albo dobry wzrok, ale krótkie życie, bez wahania wybrałabym zdrowe oczy. Gdybym takie pytanie usłyszała dziś, miałabym problem z odpowiedzią.

Prawdziwa zabawa zaczęła się już w pierwszym sezonie szosowym, kiedy z pilotką, Izabellą Krawczyk, goniły kadrę narodową, by wskoczyć na podium.
- Prędkość to coś, co zabrała mi choroba i coś, za czym bardzo tęskniłam. Kiedyś szusowałam na nartach bez opamiętania, pędziłam ma rowerze, mając z tego wielką frajdę. Dzięki jeździe w tandemie mogę ją znów czuć. Choć mało brakowało, a moja kariera kolarska zakończyłaby się szybko i spektakularnie – opowiada Angelika Biedrzycka. - Na pierwszym wspólnym starcie w Torowych Mistrzostwach Polski z moją aktualną pilotką, Edytą Jasińską, założono nam zużytą tarcze, która przepuściła. Mój mięsień czworogłowy przyjął uderzenie o mocy 1800 W. Nie zdawałam sobie sprawy, jak się uszkadzam, zadziałała adrenalina. Zacisnęłam zęby i startowałyśmy dalej. Drugie uderzenie - to samo. Dopiero za trzecim razem do mety dojechałyśmy z dobrym wynikiem. Następnego dnia czekał nas kolejny start. Rano ból był ogromny i nie wiedziałam, czy dam radę wystartować. Postanowiłam nie uświadamiać Edyty o kontuzji. Wzięłam gorącą kąpiel, rozmasowałam kolano i do boju. Wygrałyśmy. To były moje pierwsze Torowe Mistrzostwa Polski. Dopiero po powrocie zorientowałam się, że to poważna rzecz. Okazało się, że w mięśniu mam dziurę wielkości pudełka zapałek. Byłam wyłączona z treningów na siedem tygodni, a rehabilitacja ciągle jeszcze się nie zakończyła. „Walczak” - tak mówią na mnie członkowie załogi. I tą postawą chyba zaskarbiłam sobie serce Edyty.

Zaufanie w tandemie

Mamy z Agnieszką podobne podejście. Ufam jej bezgranicznie. To ona podejmuje decyzje, ja przecież ślepo jadę za nią. Początkowo bałam się np. ostrych zjazdów, dziś mam pewność, że Aga nie podejmuje niepotrzebnego ryzyka. Sprawę, paradoksalnie, ułatwia to, że nie widzę. Nie kręcę się podczas jazdy, nie rozglądam.

- Nigdy nie fascynował mnie sport – przekonuje z kolei Karolina Rzepa. - Uczyłam się w Ośrodku dla Niewidomych i Słabowidzących w Bydgoszczy. Byłam grzeczną dziewczynką, zwykle bez szemrania robiłam to, o co prosili nauczyciele i wychowawcy. Pewnego razu poszłam więc na kręgle, bo z taką propozycją do grupy wyszedł nauczyciel. Od razu zaczęło mi to sprawiać frajdę, rozpoczęłam regularne treningi. Ale bowling nie jest (jeszcze) dyscypliną olimpijską, nie jest więc zbyt rozwojowy - nawet najlepsze wyniki nie dają dużych szans na stypendium. Trener zauważył moje zacięcie i to, że ruch naprawdę daje mi radość. Zaproponował kolarstwo. Odtąd zawsze mówię: bowling kocham, rower – lubię. Na początku sama narzuciłam sobie zbyt dużą presję, byłam nastawiona na wyniki, nie chciałam zawieść swojej ówczesnej pilotki, Edyty Jasińskiej. Z czasem pojawiła się nawet myśl, by zrezygnować. Dopiero od roku zupełnie zmieniło się moje spojrzenie na kolarstwo. Praca daje mi stabilizację finansową, dzięki temu na rower wsiadam wyluzowana, nastawiona na czerpnie radości z jazdy i kolejnych małych sukcesów. Mamy z Agnieszką podobne podejście. Ufam jej bezgranicznie. To ona podejmuje decyzje, ja przecież ślepo jadę za nią. Początkowo bałam się np. ostrych zjazdów, dziś mam pewność, że Aga nie podejmuje niepotrzebnego ryzyka. Sprawę, paradoksalnie, ułatwia to, że nie widzę. Nie kręcę się podczas jazdy, nie rozglądam. Często jest tak że osoba siedząca z przodu ma większe doświadczenie kolarskie, jest silniejsza fizycznie. Sztuką jest to, żeby w odpowiednim momencie i we właściwy sposób wykorzystać możliwości zawodnika siedzącego z tyłu.
Agnieszka musi pamiętać o czymś jeszcze.
- Ja mało, ale często jem w trakcie treningów i wyścigów. Jestem świadoma tego, że - jeśli nie będę tego pilnować - to w pewnym momencie nie tylko nie będę pomagać Agnieszce, ale wręcz będę jej przeszkadzać i utrudniać jazdę. Agnieszka dba o to, żebym jadła i piła w odpowiednich momentach, a nie na przykład wtedy, gdy jedziemy pod górę i muszę być maksymalnie skupiona na pracy. Wzajemna znajomość swoich potrzeb oraz reakcji na stresujące sytuacje jest bardzo ważna.

Marzenia kolarek

- Kiedy spotykamy się na zgrupowaniu, każdy jest w podobnym stroju, rozpoznaję poszczególne osoby tylko po tym, czy mają ciemne czy jasne włosy, są wyższe czy niższe – opowiada Angelika Biedrzycka. - Witam się więc z każdym po kolei, trochę na wyczucie. Jedną z uściśniętych dłoni była dłoń Edyty. „To Edyta Jasińska: utytułowana zawodniczka, uczestniczka Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro” - ktoś szepnął mi do ucha. Zrobiłam trzy kroki w tył, lekko speszona. Pomyślałam wtedy, że super byłoby mieć taką pilotkę. Wtedy jeszcze jeździła z Karolą, więc nie było o tym mowy. Ale padł pomysł na wspólny próbny trening. Przy aprobacie naszych ówczesnych partnerek i władz klubu zaczęłyśmy współpracę. Szybko złapałyśmy wspólny język. Mamy wspólny cel, co sprawia, że się nie zatrzymamy: to udział w paraolimpiadzie. Nieraz na różnych zawodach słyszałam już Mazurka Dąbrowskiego, stojąc na podium, nieraz miałam na sobie strój z orłem na piersi. Ale poczuć te emocje na najważniejszych zawodach – to byłoby spełnienie marzeń.

Nieraz na różnych zawodach słyszałam już Mazurka Dąbrowskiego, stojąc na podium, nieraz miałam na sobie strój z orłem na piersi. Ale poczuć te emocje na najważniejszych zawodach – to byłoby spełnienie marzeń

- Oczywiście niesamowicie byłoby poczuć atmosferę Igrzysk Olimpijskich, ale dziś nie sięgamy po to marzenie, realizujemy małe cele – mówi Karolina Rzepa o swojej współpracy z Agnieszką Sikorą. - To nasza droga. Sport dał mi pewność siebie, odwagę. Każdy sukces zwiększa wiarę we własne możliwości, motywuje do dalszej pracy i walki z przeciwnościami losu. A poza tym trenowanie kolarstwa wpłynęło na poprawę ogólnej sprawności i wydolności mojego organizmu. Wzmocniłam nogi i poprawiłam koordynację ruchową, a to ma pozytywny wpływ na jakość gry w bowling.

Dorota Witt

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.expressbydgoski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.