Nazywa się Bond. James Bond. Powróci na ekrany jesienią

Czytaj dalej
Fot. arc
Wojciech Obremski

Nazywa się Bond. James Bond. Powróci na ekrany jesienią

Wojciech Obremski

Ten rok miał bezapelacyjnie należeć do agenta 007. Planowano, że jubileuszowa, 25. odsłona przygód Jamesa Bonda wejdzie na ekrany kin w kwietniu. Plany te pokrzyżowała epidemia koronawirusa, ale agent Jej Królewskiej Mości nie takich przeciwników rozkładał na łopatki. James Bond powróci jesienią, premiera kolejnego filmu przesunięta na listopad.

Kim jest James Bond, agent z licencją na zabijanie nr 007, pozostający w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości? Uwielbiający wytworne, naszpikowane różnorodnymi gadżetami auta, idealnie skrojone smokingi oraz gustujący we „wstrząśniętym, niezmieszanym” martini i pięknych kobietach? Jego „ojcem” był urodzony w 1908 r. brytyjski pisarz Ian Fleming, który na początku II wojny światowej rozpoczął służbę w wywiadzie wojskowym. Kiedy działania wojenne dobiegały końca, udał się na Jamajkę, gdzie zamierzał osiąść na stałe. - Kiedy wygramy tę przeklętą wojnę, będę tu mieszkać, leżeć, pływać w morzu i pisać. Pisać książki - zwierzył się Fleming swojemu przyjacielowi.

Bond kocha Polkę, Bond walczy z Polakiem

Dotrzymuje słowa. W 1953 roku ukazuje się pierwsza powieść o przygodach agenta 007. W pisaniu „Casino Royale” Flemingowi niewątpliwie pomogły zdobyte w wywiadzie doświadczenia, które zresztą wykorzystał w kolejnych swoich książkach o Jamesie Bondzie. Dodatkowo uważa się, że główna postać kobieca z „Casina Royale” (Vesper Lynd) była zainspirowana przez Krystynę Skarbek, polską agentkę brytyjskiej tajnej służby Kierownictwa Operacji Specjalnych. „Polskie korzenie” miał też jeden z głównych antagonistów Bonda Ernst Blofeld. Pojawiający się w późniejszych opowieściach szef terrorystycznej organizacji SPECTRE według pisarza był urodzonym w Gdyni Polakiem, przedwojennym absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego, a następnie pracującym w tutejszym Ministerstwie Poczt i Telegrafów.

Tworząc zaś postać samego Jamesa Bonda, Fleming odwoływał się do osoby autentycznego szpiega (w dodatku podwójnego, brytyjskiego i niemieckiego), Serba Dušna Popowa, zaś nazwisko agenta 007 pisarz zapożyczył od… amerykańskiego ornitologa Jamesa Bonda, autora książki „Ptaki Indii Zachodnich”.

- Uderzyło mnie, że to krótkie, nieromantyczne, anglosaskie i do tego bardzo męskie nazwisko było tym, czego potrzebowałem. I tak narodził się drugi James Bond - twierdził pisarz.

Kilkadziesiąt lat później twórcy filmu „Śmierć nadejdzie jutro” nawiązali do tej sytuacji, umieszczając w produkcji scenę, w której agent 007 (Pierce Brosnan) przegląda „Ptaki Indii Zachodnich”. Jednak nazwisko autora na okładce jest zasłonięte.

Mimo ciekawie rozpisanych postaci, początkowo wydawca nie był przekonany do książki Fleminga, ostatecznie jednak zdecydował się ją wydać w niewielkim nakładzie. Nieoczekiwanie „Casino Royale” okazało się bestsellerem, książkę trzeba było trzykrotnie dodrukowywać.

Ciemniejsza strona pisarza

Do 1966 roku spod pióra Iana Fleminga wyszło dwanaście powieści o Jamesie Bondzie oraz dwa zbiory opowiadań, z czego jeden wydany już po śmierci pisarza. Dochód z książek pozwalał Flemingowi wieść dostatnie życie, na swojej ukochanej Jamajce.

Książki o Bondzie sprzedawały się na pniu, być może za ich popularnością stały również kontrowersje, które wzbudzała twórczość Fleminga. Nierzadko książkom zarzucano brutalność i nadmierne epatowanie seksem. Żona Fleminga Ann twierdziła wprost, że powieści męża to „czysta pornografia”. Reputacji Flemingowi nie poprawiło także zdanie pochodzące z książki „Szpieg, który mnie kochał”, w którym pada stwierdzenie, że „wszystkie kobiety uwielbiają stosunek przypominający gwałt”. O ciemniejszej stronie pisarza zaczęły mówić publicznie także osoby z jego bliskiego otoczenia. - Nie znam nikogo, kto myślałby o seksie tak często jak Ian - mówiła jedna z jego partnerek Mary Pakenham.

Po śmierci pisarza pałeczkę po nim przejęli inni twórcy - książki o przygodach Jamesa Bonda ukazują się nadal - do 2018 roku wydano ich blisko 50, powstało też kilka komiksowych wersji. Wróćmy jednak do lat 50. Sukces pierwszego tomu cyklu o Jamesie Bondzie sprawił, że już rok po wydaniu powieści wyprodukowano telewizyjne widowisko na jej podstawie. W filmowej, czarno - białej wersji „Casina Royale” z 1954 roku, w agenta 007 wcielił się Barry Nelson. Trzynaście lat później powstała parodia wspomnianego filmu, a główną rolę zagrał David Niven.

Trzeba tu podkreślić, że obie produkcje nie wchodzą w skład głównego, „bondowskiego” kanonu filmowego, który otwiera powstały w 1962 roku „Doktor No”. Jego kanwą był stworzony w 1958 roku scenariusz pilotażowego odcinka serialu o Jamesie Bondzie, ostatecznie nigdy niezrealizowanego.

To właśnie w „Doktorze No” padły po raz pierwszy kultowe słowa: „My name is Bond. James Bond”. Zwrot ten na stałe wszedł do kultury masowej, a American Film Institute umieścił go na 22. miejscu w rankingu najsłynniejszych cytatów w historii kina. Również w tym obrazie Bond po raz pierwszy mierzy do przeciwnika ze swojego Walthera PPK. A warto wspomnieć, że początkowo, w wersji książkowej, 007 używał modelu Beretta. Nie spodobało się to jednak ekspertowi od broni palnej Geoffreyowi Boothroydowi, który w liście do Fleminga stwierdził, że noszony przez bohatera pistolet jest zbyt kobiecy, a Bondowi zdecydowanie bardziej do twarzy z niemieckim Waltherem PPK. Fleming nie tylko przystał na to, ale w dodatku nazwał jedną z postaci z „Doktora No” nazwiskiem Boothroyda. Na ogłoszony do pierwszego oficjalnego filmu o agencie 007 casting zgłosił się m.in. szkocki aktor Sean Connery, który bez trudu pokonał konkurencję, w tym m.in. Rogera Moore’a, który 10 lat później przejął rolę po Connerym.

„Doktor No” okazał się sporym sukcesem kasowym, podobnie jak kolejne filmy o Jamesie Bondzie, które wchodziły na ekrany kin mniej więcej w rocznych odstępach. - W „Doktorze No” - w przeciwieństwie do kolejnych odsłon przygód agenta 007 - w czołówce nie ma piosenki. Zabrakło także sekwencji przedtytułowej. Pod koniec „Doktora No” nie pojawia się napis „James Bond powróci”, ponieważ twórcy nie mieli jeszcze pewności, czy tak się w rzeczywistości stanie - zauważa Michał Grzesiek, autor książki „James Bond: szpieg, którego kochamy”.

Sean Connery wcielił się w rolę 007 jeszcze pięciokrotnie, po czym zrezygnował, bojąc się zaszufladkowania. W 1969, w filmie „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”, zastąpił go George Lazenby (jego James Bond pierwszy i ostatni raz stanął na ślubnym kobiercu), by po zaledwie jednym filmie przekazać serię Rogerowi Moore’owi (choć na początku miał to być Clint Eastwood, który jednak odmówił). Moore z licencją na zabijanie nie rozstawał się w przez kolejnych siedem filmów, zaś końcówka lat 80. to dwa filmy, w których w Jamesa Bonda wcielił się Timothy Dalton, po czym nastąpiła sześcioletnia przerwa w produkcji serii. James Bond powrócił dopiero w 1995 z filmem „Goldeneye”, mając tym razem twarz Pierce’a Brosnana, a do towarzystwa polską aktorkę Izabellę Scorupco (nie był to pierwszy raz, kiedy w serii zagrał Polak: w „Pozdrowieniach z Moskwy” możemy ujrzeć rodzimego aktora Władysława Sheybala).

Począwszy od 2006 w agenta 007 wciela się Daniel Craig i mimo wielokrotnych zapewnień, że nie chce być już Bondem, wciąż nim jest, włączając w to najnowszą, dwudziestą piątą produkcję („Nie czas umierać”), która na ekrany ma wejść w listopadzie. Craig znowu chwyci za swojego nieodłącznego Walthera PPK i łyknie „wstrząśnięte, niezmieszane” martini, na przekór krążącym od kilku lat plotek, jakoby w roli Bonda mielibyśmy zobaczyć tym razem… czarnoskórą aktorkę.

- Connery był twardy - jak trzeba gentelman, jak trzeba to potrafił kobietę uderzyć. Potem epizod z George’m Lazenby - Bondem romantycznym, który się żeni. W latach 70., pełnych dystansu i ironii, pojawił się Roger Moore - idealny odtwórca na ten czas. W końcówce lat 80. Bond zyskał twarz Timothy Daltona, który najbardziej zbliżył się do książkowego pierwowzoru. Następnie Pierce Brosnan - świetna wypadkowa Conne-ry’ego i Moore’a. A teraz mamy czasy bardzo brutalne i Daniela Craiga, który gołymi pięściami czy za pomocą różnych przedmiotów rozprawia się z przeciwnikami - oceniał w rozmowie z PAP Michał Grzesiek.

Laserowy zegarek i odrzutowy plecak

To, za co widzowie pokochali cykl o Jamesie Bondzie, to wartka akcja, zapierające dech w piersi efekty kaskaderskie, ale też specyficzny humor, również ten czarny, którego próbki serwuje sam główny bohater. Zaczęło się już w „Doktorze No” - na pytanie robotnika, dlaczego samochód spadł ze skały, agent 007 spokojnie odpowiada: „Chyba jechali na pogrzeb”. Zaś spektakularną śmierć jednego z narciarzy wciągniętych pod ratrak Bond kwituje krótko: „krewki chłopak”.

Do legendy przeszły też gadżety agenta 007. Jednym ze sztandarowych dzieł Q, obok laserowego zegarka czy odrzutowego plecaka, był samochód przeznaczony dla misji Bonda. Aut było kilka, najbardziej rozpoznawalnym był Aston Martin DB5. Zadebiutował w filmie „Goldfinger” z 1964 i poza futurystycznym wyglądem dysponował niezwykłą ilością możliwości. Wystarczy wspomnieć o słynnej katapulcie fotela pasażera. Aston Martin pojawił się ponownie niedawno w filmie „Skyfall”, gdzie został ostrzelany i ostatecznie wysadzony w powietrze. Akcja filmów rozgrywała się w 38 krajach na świecie, także w Europie, gdzie za plan filmowy posłużyły tereny m.in. Jugosławii, Bułgarii, Czechosłowacji, RFN, Grecji, Turcji, Rosji, Cypru, Hiszpanii, Portugalii, Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii, Włoch czy Austrii. Jak widać, mimo, że bohater nierzadko „gościł” w Europie Wschodniej, do Polski już nie dotarł. Mało tego: filmy o Bondzie pojawiły się w oficjalnym obiegu nad Wisłą dopiero po 1989.

007 uwiódł „tylko” połowę

Uwodzicielskie, piękne, czasem zimne i wyrachowane, obdarzone nieprzeciętna inteligencją i charyzmą - takie właśnie były (i są) kobiety Jamesa Bonda. Dla wielu aktorek, rola ta była trampoliną do dalszej kariery. Wystarczy wspomnieć np. Jane Seymour, Carole Bouquet czy naszą Izabellę Scorupco. W serii pojawia się również wiele aktorek, których pozycja w momencie rozpoczęcia produkcji była już ugruntowana (Halle Berry, Sophie Marceau, Monica Bellucci). Szarmanckie zachowanie Bonda wobec płci pięknej ukuło stereotyp, jakoby „nie przepuścił” żadnej z nich. Nie było chyba jednak aż tak źle, skoro obliczono, że w serii pojawiło się łącznie około 60 kobiet, z czego 007 uwiódł „zaledwie” połowę. Do grupy tej nie zalicza się niestety sekretarka agencji wywiadowczej panna Moneypenny, o której Fleming pisał: „zawsze marzyła o Bondzie bez nadziei. James Bond powróci w filmie „Nie czas umierać”.

Wojciech Obremski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.expressbydgoski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.