Kapslami zaskoczył Gwardię Wrocław. Trener legenda bydgoskiego basketu

Czytaj dalej
Fot. Archiwum
Tadeusz Nadolski

Kapslami zaskoczył Gwardię Wrocław. Trener legenda bydgoskiego basketu

Tadeusz Nadolski

Ma na swoim koncie m.in. złoty i srebrny medal mistrzostw Polski juniorów oraz trzy te „najgorsze” dla sportowca czwarte miejsca.

Z notki biograficznej zamieszczonej na stronie klubowej Astorii wynika, że Pana przygoda z koszykówką zaczęła się w... Gwieździe Bydgoszcz. To nie jest klub kojarzony obecnie z basketem?
Mieszkałem wówczas przy Placu Poznańskim. W 1951 roku chodziłem do szkoły zawodowej w klasie o specjalności telemonter i jednocześnie zostałem zatrudniony w „Telfie”. Moi koledzy grali w piłkę nożną właśnie w Gwieździe i ja próbowałem swoich sił w futbolu razem z nimi. Rozmawialiśmy ze sobą i zdecydowaliśmy się jednak na koszykówkę. Pierwszym naszym trenerem był profesor Józef Szalla, który był jednocześnie nauczycielem w Liceum Pedagogicznym. Trenowaliśmy oczywiście popołudniami i graliśmy w A-klasie. W listopadzie 1957 roku zostałem powołany do wojska. Służbę rozpoczynałem w Szczecinie, ale że w koszykówce spisywałem się nieźle, zostałem ściągnięty najpierw do Torunia, gdzie Zawisza miał taką można powiedzieć swoją filię. Pierwszy mój poważny występ, to były w 1958 roku mistrzostwa Wojska Polskiego. Zajęliśmy trzecie miejsce, brylowały wówczas Legia Warszawa i Śląsk Wrocław. W 1959 wybudowano salę przy ówczesnej alei 1 Maja za nieistniejącym już przejazdem kolejowym (obecnie ul. Kamienna - dop. T.N.) na terenie koszar i sekcję przeniesiono do Bydgoszczy. Tam trenowaliśmy i graliśmy do 1962 roku, aż do momentu oddania do użytku hali na terenie klubu.

W tym czasie był Pan już zawodnikiem pierwszej piątki.
To była zupełnie inna koszykówka, inne czasy. Były dwie kluczowe pozycje - właśnie rozgrywający i środkowi. Pozostali grali na różnych pozycjach. Jako center występował najwyższy w naszej drużynie, mierzący... 193 centymetry wzrostu, Janusz Sarbinowski. Trenerem był Henryk Pietrzak. Trenowaliśmy przez cały tydzień raz dziennie popołudniami. Mecze rozgrywano w soboty i niedziele. Jeździliśmy oczywiście pociągami. Często do domu wracaliśmy w poniedziałek nad ranem i trzeba było z marszu iść do pracy.

To była zupełnie inna koszykówka, inne czasy. Były dwie kluczowe pozycje - właśnie rozgrywający i środkowi

Co było Pana mocną stroną jako zawodnika?
Dobrze rozgrywałem piłkę, dużo widziałem na boisku, najczęściej zagrywałem pod kosz do Sarbinowskiego. Robiłem też dobre zasłony pod Zygmunta Weigta czy Romana Zamiarę, żeby mogli wyjść na czyste pozycje. Tworzyliśmy zgraną paczkę, po meczach spotykaliśmy się razem z rodzinami na gruncie prywatnym. Można w nieskończoność opowiadać liczne anegdoty z tamtych czasów. Był u nas pochodzący w Inowrocławia zawodnik nazywał się Szuman. Zimną w trakcie meczu w Lublinie skręcił nogę. Następnego dnia mieliśmy spotkanie w Warszawie. Tomek Zgoda, który był także bardzo dobrym piłkarzem, filarem obrony, kupił sanki i w ten sposób woził go po mieście. Warto dodać, że Tomek nie był może jakimś wybitnym strzelcem, ale świetnie spisywał się w obronie, umiał przewidzieć, gdzie poleci piłka, gdzie będzie podanie. Warte może też przypomnieć, że grał z nami także dyskobol Zenon Begier. Jak na tamte lata to było potężne ponad 2-metrowe chłopisko, był też pierwszym w naszej drużynie, który potrafił robić wsady. W tych czasach było to zupełnie niespotykane.

Wracając do mojej kariery. Skończyłem ją w momencie likwidacji sekcji w Zawiszy i przeniesienia jej do Astorii w 1971 roku. Pracę trenerską z juniorami rozpocząłem jeszcze przy ul. Gdańskiej, potem oczywiście kontynuowałem ją w Astorii. Przede wszystkim z młodzieżą.

Zajął się Pan młodzieżą, która w Astorii na przestrzeni lat odnosiła wiele sukcesów. Skąd się to brało?
Była bardzo dobrze rozbudowana piramida szkoleniowa. A szczególnie się to rozwinęło, jak do Bydgoszczy ze Szczecina przyszedł w 1975 roku Jurek Nowakowski. Pomagał mu Romana Zamiara, ściągnęliśmy z AZS-u trenera Aureliusza Gościniaka, potem dołączył do nas Paweł Bazyly. Z tego czasu przypominam sobie kolejne fajne wydarzenie. Byliśmy na obozie w Złotowie. Mieszkaliśmy pod namiotami, a trenowaliśmy w miejscowej sali. Chłopaki mieli chwilę wolnego i wypłynęli na jezioro na ryby. Nagle ktoś się pojawił i mówi - panie trenerze drużyna amerykańskich studentów jedzie do Szczecina na mecz i chce z nami rozegrać sparing. Szybko wysłałem jednego na brzeg, by ściągnął pozostałych. Ci nie bardzo chcieli wierzyć, myśleli, że ich „wypuszczam”. Ale ostatecznie się pojawili. Zjedli obiad, przebrali się i wyszliśmy na boisko. Wówczas zobaczyliśmy, inny fizyczny basket. Oni fruwali nad koszami. Przegraliśmy wysoko, ale walczyliśmy.

Pierwszy Pana sukces przyszedł w 1983 roku, kiedy to na mistrzostwach Polski juniorów zajęliście czwarte miejsce.
W tej drużynie grali między innymi Ryszard Andryańczyk, Robert Chmielewski, Wojtek Puścion, Darek Litwin. W półfinale zmierzyliśmy się z gospodarzami Startem Lublin. Gdybyśmy nie trafili na nich, na pewno znaleźlibyśmy się w finale. Jeden z miejscowych trenerów, nazwisko mi uciekło, którego znałem jeszcze z boiska, przyniósł litr wódki i powiedział mi, jak byście nie grali, wygrać tego nie mogliście. Doszło m.in. do takiej sytuacji. Litwin kozłuje i nagle słychać gwizdek, ale z trybun. On się nie zorientował. Grzecznie oddaje piłkę sędziemu. Ten się odsuwa, piłka wychodzi na aut i przyznana jest gospodarzom. Przy stoli siedzi komisarz Alojzy Chmiel, który powinien natychmiast zareagować, ogłosić publiczności, że jeszcze jeden taki wyczyn, a mecz zostanie przerwany. Nic takiego się nie stało Na trzy minuty przed końcem prowadziliśmy chyba siedmioma punktami. Chmielewski idzie sam na kosz. Miejscowy chwytają go wpół, wpychają go w konstrukcję kosza, który z pół metra się przesuwa, a sędziowie nie reagują, nie odgwizdują faulu. Nie wytrzymałem, zareagowałem, a sędzia mnie wyrzucił z sali. Oczywiście przegraliśmy. Chłopaki byli załamani i w meczu o trzecie miejsce z Resovią Rzeszów uszło z nich powietrze.

Wróćmy teraz do sezonu 1986/1987 i największego sukcesu w Pana karierze - złotego medalu MPJ wywalczonego na własnych śmieciach, w hali przy ul. Królowej Jadwigi. W tym turnieju dominowaliście dość zdecydowanie.
W grupie mecze były jeszcze w miarę wyrównane, potem wygrywaliśmy już dość wyraźnie, a finał z Hutnikiem Kraków aż 91:58.
Tamci zawodnicy zgodnie podkreślają, że w drużynie panowała wówczas fantastyczna atmosfera.
Tu mogę przytoczyć kolejną historyjkę. W trakcie sezonu mieliśmy grać mecz wyjazdowy z AZS Gdańsk, ale nie Trójmieście, a w Pruszczu Gdańskim. Na zbiórce na dworcu patrzymy, nie ma Jacka Robaka, który się spóźnił. Trudno jedziemy bez niego. Na rozgrzewce Jacek nagle pojawia się w hali. Okazało się, że złapał następny pociąg pospieszny i uprosił konduktora, by skład specjalnie dla niego zatrzymał się w Pruszczu, czego normalnie nie robił. I w ten sposób do nas dołączył.

Zjedli obiad, przebrali się i wyszliśmy na boisko. Wówczas zobaczyliśmy, inny fizyczny basket. Oni fruwali nad koszami. Przegraliśmy wysoko, ale walczyliśmy.

W kolejnym roku wywalczyliście w Lublinie medal srebrny.
Ta drużyna została już nieco przemeblowana. Dołączył do niej między innymi Krzysztof Liberacki ze Stomilu Grudziądz. My wówczas, podobnie jak Stomil, występowaliśmy równolegle w III lidze seniorów. Między klubami powstała taka niepisana umowa, że w tych rozgrywkach z nimi przegramy. Przyjechali do Bydgoszczy. Robiliśmy cuda, by im pomóc (śmiech), ale im nic nie wpadało. Ostatecznie wygraliśmy, ale oni widzieli, że chcieliśmy im oddać zwycięstwo. Kierownictwo tej drużyny powiedziało wprost - widzieliśmy, co wy robicie, ale nasi i tak nie wygrali (śmiech).

W półfinale trafiliśmy na silną Gwardię Wrocław, z Adamem Wójcikiem w składzie. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy czterema czy pięcioma punktami. W czasie przerwy wziąłem kapsle od butelek z wodą mineralną, bo takiej specjalnej tablicy do rysowania zagrywek nie miałem, i pokazałem im - chłopaki zagramy w obronie strefą tak zwanym krzyżem, jeden u góry, trzech w środku i jeden z tyłu. Tym zaskoczyliśmy Gwardię i ostatecznie wygraliśmy.

Finał graliśmy z gospodarzami i nie trzeba dodawać, że tego już nie mogliśmy wygrać. Co dochodziliśmy na pięć, sześć punktów zaraz gwizdki były w drugą stronę. Przegraliśmy dziewięcioma „oczkami”. Już po turnieju mieliśmy taką przygodę. Bilety na pociąg mieliśmy już wykupione. Siedliśmy w restauracji, zamówiliśmy obiad. Obok przechodziła grupka miejscowych złodziejaszków i złapała za torby chłopaków. Pierwszy zauważył to Przemek Gierszewski. Nasi ruszyli, dorwali ich, pozabierali im dowody osobiste. Ci przestraszeni oczywiście wszystko oddali.

Czwarte miejsca przypadły Pana drużynom w 1989 roku w Zielonej Górze i w 2001 roku w Lesznie.
W Zielonej Górze w półfinale graliśmy ze Zniczem Pruszków. Pamiętam do dziś. Sędziowie gwizdnęli nam 44 faule. Wiedziałem, że jeden z arbitrów poprzedniej nocy spotkał się z kierownictwem tej drużyny, nie tylko przy oranżadzie. Był mocno nieświeży. Romek Zamiara chciał nawet wzywać milicję. Ale ostatecznie do tego nie doszło. Spotkanie o brąz także przegraliśmy.

W Lesznie w 2001 roku też uplasowaliście się tuż za podium. W pojedynku o brązowy krążek z gospodarzami ci decydujące punkty zdobili co najmniej dwie sekundy po czasie. Nawet władze PZKosz. poczuły się niezręcznie i w ekspresowym tempie przygotowały dla was specjalne medale za czwarte miejsce, czego nigdy wcześniej nie było.
Po meczu z gospodarzami chłopcy byli bardzo rozgoryczeni. Dorian Szyttenholm doskoczył do stolika sędziowskiego i podarł protokół. Powinien zostać ukarany, ale miejscowym było wstyd i żadnej kary nie otrzymał.

I wreszcie przyszedł czas pożegnań.
Oficjalnie pracę jako trener po 40 latach pracy zakończyłem jesienią 2009 roku.

Teczka Osobowa

Ryszard Mogiełka, ur. 26.07. 1937 w Bydgoszczy
Był wychowankiem Gwiazdy Bydgoszcz. W Zawiszy Bydgoszcz grał w latach 1958-1971 w I i II lidze. W Astorii jako szkoleniowiec od 1971 roku. Jako trener ukończył AWF Warszawa w 1980 roku, trener II klasy

Sukcesy jako trener:

Tadeusz Nadolski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.expressbydgoski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.