Kapitan Żbik bez czapki? Skandal! Cenzor w akcji, czyli komiks w wydaniu PRL

Czytaj dalej
Fot. Sławomir Kowalski
Dorota Witt

Kapitan Żbik bez czapki? Skandal! Cenzor w akcji, czyli komiks w wydaniu PRL

Dorota Witt

O tym, przed jakim złem bronili świat super-bohaterowie komiksów wydawanych w czasach PRL i o tym, że rezolutnym superbohaterkomautorzy nie dawali wtedy wielkiego pola do popisu, mówi Wojciech Łowicki, popularyzator komiksu.

Czym komiksy z czasów PRL różniły się od tych dzisiejszych?
Właściwie wszystkim. Po pierwsze, liczbą autorów. Dziś trudno zliczyć nazwiska twórców, wtedy można było policzyć ich na palcach obu rąk (ale za to w 90 proc. są znani do dzisiaj). Druga istotna różnica to jakość. Dziś komiksy to wysokiej jakości albumy, które mogą stanowić ozdobę bibliotecznej półki. Kiedyś sukcesem było to, że komiks w ogóle się ukazał. Pewnego razu Papcio Chmiel, twórca „Tytusa, Romka i A’Tomka” ze zgrozą przyglądał się paskudnej, nowo wydrukowanej książeczce ich przygód. Zapytał drukarza, dlaczego tak nierówno są nałożone kolory, a on mu na to, żeby nie przesadzał, „nikt z tego strzelać nie będzie, ciesz się pan, że to w ogóle wydrukowane”. Czas drukowania jednego tytułu dochodził do dwóch lat. Normalnością była nieregularność wydań kolejnych odcinków. Trzecia różnica to silne upolitycznienie treści w czasach PRL-u. Ten okres w historii kultury naszego kraju odznaczał się silnym naciskiem władz na postawy autorów, cenzurowaniem, a przede wszystkim nakłanianiem do wybierania gotowych tematów (tzw. tematów zaangażowanych). Dziś można wydawać co się chce i jak się chce.

To znaczy, że komiksy nie mogły być wolne od propagandy...
Komiks, jako jeden z produktów „zgniłego Zachodu”, został odrzucony przez władze PRL, choć wiele gazet drukowało go w każdym wydaniu. Redaktorzy widzieli w tym (za przykładem prasy przedwojennej) możliwość zwiększenia sprzedaży. Tamte komiksy opowiadały albo o losach stachanowców, których walka o zwiększanie procentów w normach stała się tak absurdalna, że chyba mało kto wierzył w połączenie „ilości z jakością”, albo o przygodach w przestrzeni kosmicznej i na obcych planetach, choć i tu nierzadko bohaterowie nosili rosyjsko brzmiące imiona... Wielu czytelników właśnie od historyjki z obrazkami zaczynało lekturę gazety. Większość dzienników regionalnych funkcjonowało finansowo tylko dzięki publikowanym na ich łamach historyjkom obrazkowym, jak to było w przypadku choćby „Wieczoru Wybrzeża”, dla którego Janusz Christa wymyślił Kajtka i Koko, a następnie Kajka i Kokosza.

Większość czytelników gazetę kupowało wyłącznie dla umieszczonego tam komiksowego paska. Ale wszystko musiało pod kontrolą wydziału propagandy. Ileż nakombinował się Grzegorz Rosiński, dziś jeden z najwybitniejszych twórców europejskich, przy projektowaniu swojej pierwszej okładki do serii o kpt. Żbiku („Diadem Tamary”). Narysował bohaterskiego milicjanta bez nakrycia głowy. Skandal! Jednak tłumaczenie rysownika, że kapitan pokazany był podczas walki, uspokoiło cenzorów: czapka przecież mogła spaść podczas szarpaniny z przestępcą.

Czy bohaterowie tamtych komiksów zmagali się z „innym złem” niż to, z którym walczą dzisiejsi superbohaterowie?
Już pod koniec lat 60. włodarze z Wydziału Prasy KC PZPR szukali tematu, który łączyłby przygodę z moralitetem. Zadanie znalezienia takowego powierzono oficerowi milicji Władysławowi Krupce. Oglądając zagraniczne czasopisma obrazkowe Krupka wpadł na pomysł superbohatera milicyjnego i powołał do życia kapitana Żbika, który jeszcze w późnych latach 80. był ogromnie popularny. Łączył w sobie cechy przedstawiciela oficjalnej władzy z cechami oddanego przyjaciela ludu, zwłaszcza młodzieży. Musiał więc stróż prawa być nienaganny w manierach, a moralnie bez skazy. Broni nie używał prawie w ogóle, w kilkudziesięciu odcinkach serii strzelał tylko kilka razy. Zdecydowanie częściej posługiwał się sprytem i walką wręcz. Żbik różnił się jednak (programowo musiał się różnić!) od superbohaterów amerykańskich, czyli kapitalistycznych.

W przeciwieństwie do nich nie działał w pojedynkę, pomoc niosła mu wzorowa postawa towarzyszy ze służby - milicjantów i milicjantki, ale całe społeczeństwo nie szczędziło sił, by wspomóc swojego idola. Tak więc harcerze donoszą, gdzie zauważyli kłusownika lub złodziei, a członek ORMO ochoczo pomaga mu eskortować więźnia. Do Żbika młodzież pisała listy (dziewczęta słały nawet propozycje matrymonialne), a on sam odpisywał na nie drogą pocztową lub kontaktował się poprzez rubrykę w zeszytach z jego przygodami. Rzecz jasna na listy odpowiadali oficerowie pracujący w Komendzie Milicji.

Cała akcja była jednak tak przemyślana, że nietrudno było uwierzyć w rzeczywiste istnienie kapitana (później majora) Jana Żbika. W piśmie „Qriozum” w latach 90. publikowałem sfingowane listy do (i od) kapitana jako rodzaj pastiszu. Autorem tych listów był dr Marcin Jaworski. Zabawa była przednia! Żbik pomagał, tłumaczył, dawał słoną nauczkę przestępcom aż do grudnia 1981 roku, kiedy to komendant główny Milicji Obywatelskiej gen. Józef Beim stwierdził, że społeczeństwo nie musi lubić milicji, ale powinno się jej bać. Te słowa (wspólnie z ciągłymi brakami papieru) definitywnie przekreśliły tworzenie kolejnych odcinków.

Czy były i superbohaterki?
Oczywiście, że były i bohaterki. Jednak zawiódł by się ten, kto myślałby, że były to heroiny na kształt Kobiety Kota czy Supergirl. Nic z tego. Tak jak nie było klasycznych, na amerykańską modłę, superbohaterów, tak nie było i superbohaterek. Kim były zatem? To zwykłe obywatelki, mieszkanki osiedli ówczesnej Polski. Taką była rezolutna dziewczynka o imieniu Malwina, albo Jola, przodownica pracy. W komiksach z nutą fantastyki kobiety asystowały tylko głównym męskim bohaterom (Plum, przyjaciółka Kleksa). Tam gdzie kobieta prezentowała siłę, zawsze była tylko postacią drugoplanową (Jane Klamota w westernie o Binio Billu).

Bohaterek komiksów z czasów PRL było niewiele, a zdarzały się kobiety wśród autorów?
Nieliczne przykłady autorek komiksów pokazują, jak ten rynek był zdominowany przez mężczyzn. Na szczęście dziś już tak nie jest. Głównie dwa nazwiska przeszły do kanonu: Grażyna Dłużniewska oraz Szarlota Pawel-Kroll. Szczególnie ta druga zasłużyła się tak bardzo, że jest uważana za czołową twórczynię polskiego komiksu w całej jego historii (na równi z Papciem Chmielem i Jerzym Wróblewskim). Świadczą o tym nie tylko dzisiejsze wznowienia jej komiksów o Jonce, Jonku i Kleksie, ale i choćby uhonorowanie jej na tegorocznej edycji toruńskiego Festiwalu Kultury Popularnej DwuTakt „Złotym Pucharem im. Janusza Christy” za wybitne zasługi na polu popularyzacji komiksu.

To Szarlota Pawel udowodniła czytelnikom w peerelu, że komiks jest nie tylko dla chłopców, stwarzając wyjątkowe dzieło przeznaczone przede wszystkim dla dziewczynek. Przyznam, że to również jej komiks („Porwanie księżniczki”) był pierwszym samodzielnie przeczytanym komiksem mojej córki. Dziś komiks kobiecy stanowi niemałą siłę w twórczości komiksowej. Polki podbijają też rynki zagraniczne. Scenarzystka Marzena Sowa stworzyła kultową również na Zachodzie „Marzi”, a Kasia Niemczyk rysuje dla Marvela, potentata komiksu światowego. A to tylko dwie spośród wielu naszych mistrzyń, znanych nie tylko w kraju.

Kim w PRL-u był fan komiksu?
Tak jak dziś głównymi odbiorcami komiksu byli młodzi ludzie. Choć teraz odsetek zmienia się na korzyść dorosłych. Kiedyś nikt, kto chciał zrobić poważną karierę w polityce czy w gospodarce, nie mógł przyznać się do sympatyzowania obrazkowym opowieściom. Dzieci w peerelu nie miały lekko. Współczesnemu młodemu człowiekowi trudno będzie uwierzyć, że w latach 80. XX wieku dzieciaki jeszcze przed pójściem do szkoły, a w wakacje zamiast bezstresowego wylegiwania się w łóżku, biegły do kiosku z gazetami (słynnego kiosku „Ruch-u”), aby tam zająć jak najlepsze miejsce w kolejce. Oczekiwano czasem bardzo długo na rozwożącą prasę nyskę z napisem „Łączność”.

Uwaga: dla czwartego lub piątego w kolejce mogło już zabraknąć upragnionej kolorowej gazety! Nie ważne jakiej, kupowało się to co zostało: choć nie interesowałeś się sportem, brałeś „Sportowca”, bo miał kolorowe fotosy. Znam to z własnego doświadczenia: nie było wyjścia skoro zabrakło „Zarzewia” z ogromniastym barwnym plakatem zespołu rockowego. Albo, o zgrozo, zabrakło uwielbianego „Świata Młodych”, którego lekturę obowiązkowo zaczynało się od ostatniej strony, bo tam był komiks. Jako małolat przekonywałem tatę, że strona z komiksem jest pierwszą, a nie ostatnią… Takie to były pionierskie (dosłownie) czasy. A władze socjalistyczne z pełną świadomością wykorzystywały komiks jako narzędzie doktrynerskie. Pod płaszczykiem zabawy i emocji wtłaczane były „idee”: że głównym celem Armii Czerwonej jest wprowadzenie pokoju na świecie, że krajem który tego pokoju nie chce, a nawet go nienawidzi, są Stany Zjednoczone. I tak dalej…

Czy komiksy sprzed niemal 30 lat są nadal aktualne?
Na pewno są wspaniałym powrotem do czasów dzieciństwa, swoistym wehikułem czasu. Jednak poza tym większość z nich nie przetrwała próby czasu. Nawet „Tytus, Romek i A’Tomek” nie zawsze może zostać w całości „odczytany” przez współczesnych młodych czytelników. Choć Papcio Chmiel, autor przygód Tytusa, stara się je „unowocześniać” (np. w nowej wersji I księgi chłopcy zamiast do tramwaju wbiegają do metra) to jednak stare wydania traktują o świecie, który już odszedł do lamusa. Oczywiście ten komiks ostatecznie broni się ponadczasowym humorem. Przykładem współczesnej czytelniczki jest moja czternastoletnia dziś córka Amelia, która uczyła się czytać na komiksach.

Jednak zdecydowanie bardziej wolała te przygody Tytusa, które powstały współcześnie, bo były bardziej zrozumiałe dla niej niż dla mnie, a ja cenię najbardziej te z lat 70. i 80., czyli z czasów mojej własnej młodości. Niekiedy żałuję, że córka jest już nastoletnia, bo tak miło było czytać jej, a jednocześnie samemu powracać w krainę dzieciństwa. Na szczęście komiksem zajmuję się zawodowo, a w związku z czym czasem niejako z obowiązku muszę przejrzeć klasyczne historie, które siłą rzeczy przypominają mi błogi czas dzieciństwa. I to chyba najmilsze chwile mojej pracy. Wszyscy chyba zgodzą się, że tamte stare dzieła warto zachować dla potomności.

Jestem autorem koncepcji powołania pierwszego komiksowego muzeum. Tam znalazłyby się nie tylko rarytasy z czasów PRL-u, ale z całej historii tego gatunku wraz z czytelnią, galerią i miejscem spotkań. Władze naszego województwa, szczególnie toruńskie (choć Bydgoszcz także) były pomysłem żywo zainteresowane. Niestety, mimo próby współpracy z Książnicą Kopernikańską, nie doszło do pozytywnego zakończenia, choć rozmowy trwały ponad rok. Szkoda. Dziś współpracuję z łódzkim Centrum Komiksu (stolicą komiksu polskiego) w zakresie przygotowywania komiksowego muzeum i galerii, choć przyznam, że marzenia o toruńskim czy kujawsko-pomorskim komiksowym muzeum ciągle we mnie drzemią. I w zasadzie są jeszcze aktualne...

Teczka osobowa - Wojciech Łowicki

Mój ty muchomorku...
Nawet u schyłku rządów komuny zdarzały się, nierzadko absurdalne, korekty cenzorskie. - W 1989 roku Roman Maciejewski, jeden z założycieli słynnego bydgoskiego pisma „Awantura”, otrzymał list od dyrekcji Krajowej Agencji Wydawniczej, w którym sugerowano mu, aby w komiksie „Władcy Wielkich Nizin”, przeznaczonym dla dzieci, pominął słowo „czerwony” (co było zwrotem do dinozaura, bajkowego przedstawiciela ginącej rasy, a jednocześnie niosło skojarzenia z tak właśnie nazywanymi przedstawicielami ówczesnych władz). W zamian polecono, by w rozmowach między postaciami używał określeń: „mój ty rumiany”, „mój ty „muchomorku”... - wspomina Wojciech Łowicki i nazywa Maciejewskiego „ostatnią ofiarą cenzury”.

Bronią były aluzja i satyra
W latach 80. rozpoczyna się kontrnatarcie samych artystów, którzy dość mieli władzy cenzora. Ruchy wolnościowe - związane z NSZZ Solidarność - także tutaj odcisnęły swój ślad: wyraźnie i z przekąsem. - Oto słynny Janusz Christa, twórca świata Kajka i Kokosza, w początku lat 80. umieszcza na jednym z kadrów bandę „zbójcerzy” wyrzucających swego hegemonicznego wodza z takimi słowami: „Skończyły się twoje rządy, Hegemon! Nie podskakuj! Od dziś będziemy samorządni i niezależni” - mówi Wojciech Łowicki. - Ostatnie dwa słowa to oczywiście aluzja do Solidarności. Inny ciekawy przykład wpadki cenzorskiej to ostatni kadr jednego z odcinków serii o lotnikach Ludowego Wojska Polskiego pt. „Pilot śmigłowca”. Wśród „zasłony dymnej” wydobywającej się z rury wydechowej pędzącego małego fiata, rysownik Marek Szyszko ukrył hołd ofiarom wydarzeń grudniowych. Zrobił to za pomocą napisu umieszczonego na rejestracji samochodowej: „WAŁ 1981”.

Więcej informacji o komiksach z czasów PRL i na temat Wojciecha Łowickiego można znaleźć na stronach internetowych:

Dorota Witt

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.expressbydgoski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.