Drugi obieg czy układ zamknięty? Jak samorządy zabijają lokalne media

Czytaj dalej
Fot. FOT. 123RF
Wojciech Mucha

Drugi obieg czy układ zamknięty? Jak samorządy zabijają lokalne media

Wojciech Mucha

W całej Polsce jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne, udające niezależne media twory - gazety, periodyki i portale internetowe zarządzane lub opłacane przez władze samorządowe. Problem widzą już nie tylko lokalni wydawcy, ale i Rzecznik Praw Obywatelskich. Jeśli sprawą nie zajmą się jednak politycy, może to w sytuacji powszechnego kryzysu na rynku prasy drukowanej oznaczać śmierć wielu lokalnych tytułów, które często są jedynymi, które patrzą na ręce włodarzom. Czy o to chodzi, na chwilę przed wyborami samorządowymi?

Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że skoro podobna analiza ukazuje się w tytułach Polska Press Grupy, to jest to powodowane interesem mediów tejże grupy. Nie do końca. Jak wskazano ogólnopolski koncern, jakim jest PPG, ma lepiej - od możliwości synergii, poprzez dystrybucję treści oraz minimalizowanie kosztów działalności. To rzeczy niedostępne dla małych wydawców, których lokalne tytuły (niezależnie czy to prasowe, czy portale internetowe), ważne dla społeczności i wpisane w pejzaż samorządowej Polski, zwyczajnie nie są w stanie konkurować z drapieżną polityką nieliczących się często z żadnymi kosztami samorządów.

Sprawa zdaje zresztą się łączyć środowisko dziennikarskie ponad podziałami. Oto nie dalej jak w tym tygodniu na branżowym, krytycznym wobec PPG portalu Press.pl pojawiła się utrzymana we wspierającym tonie informacja o tym, że Stowarzyszenie Gazet Lokalnych poparło skargę Łukasza Religi, wydawcy bydgoskiego Portalu Kujawskiego, jaką ten złożył do UOKiK. Jak czytamy: „Religa skarży lokalne wydawnictwa należące do miasta. Uważa, że bydgoski urząd miejski konkuruje w ten sposób nieuczciwie z innymi lokalnymi i regionalnymi mediami”.

Bydgoszcz (dez)informuje

Przykład bydgoski jest istotnie jaskrawy. Religa obawia się, że poza zwyczajową konkurencją w postaci należących do Polska Press Grupy historycznie obecnych w regionie „Gazety Pomorskiej”, „Expressu Bydgoskiego” i toruńskich „Nowości” przybył mu kolejny, zaskakujący rywal medialny. Chodzi o magistracką gazetę i portal „Bydgoszcz informuje”, który udaje niezależne medium, a jest wprost powiązany z tamtejszym samorządem.

Co ważne, treści zamieszczane na portalu w sposób jaskrawy wychodzą poza ramy, w jakich teoretycznie powinien funkcjonować samorządowy biuletyn. Oprócz opartych na urzędowych komunikatach treściach znajdziemy tam także materiały lifestylowe, rozrywkę, galerie ze studniówek czy relacje z wydarzeń sportowych. Jest oczywiście także miejsce na politykę, a teksty jej poświęcone zgodne są z linią polityczną władz Bydgoszczy. Przykładem może być udający wywiad materiał-rozmowa z Mirosławą Kaczyńską, prezes oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Bydgoszczy, której oddano wiele miejsca na wymierzoną w Ministerstwo Edukacji polityczną tyradę, nie zadając jej przy tym żadnego trudnego pytania.

Jeszcze w grudniu ub. roku Rada Miasta Bydgoszczy głosami rządzącej koalicji PO i Nowej Lewicy przyjęła budżet na 2023 r., w którym na wydawanie udających media periodyków przeznaczono aż 650 tys. zł (nie wliczając pensji udających dziennikarzy urzędników). Co ważne, przez siedem miesięcy 2022 r. portal kosztował bydgoszczan aż 86 tys. zł. Sprawy nie ułatwia fakt, że „Bydgoszcz Informuje” jest… zarejestrowanym tytułem prasowym, ponieważ luka w prawie pozwala samorządom na uruchamianie podobnych tworów na podobnej zasadzie jak „normalne” media.

- Wydawnictwa samorządowe udają niezależne media i stosują nieuczciwe praktyki konkurencyjne. Ich cel jest jeden: promocja władzy. Media te nie pełnią funkcji informacyjnych ani kontrolnych, nie przekazują mieszkańcom prawdziwego obrazu lokalnej rzeczywistości, ale wypaczają ten obraz na korzyść rządzących - czytamy w podpisanym przez Andrzeja Andrysiaka, prezesa Rady Wydawców Stowarzyszenia Gazet Lokalnych. Tak, to prawda, a problem jest ogólnopolski. Prześledźmy to na przykładzie kilku polskich miast.

Lublin solidarnie

I tak w Lublinie redakcje aż siedmiu lokalnych gazet i portali solidarnie domagają się od Prezydenta Miasta Lublin, by ten zaprzestał wydawania przez Urząd Miasta Lublin tzw. „Lublin.eu”, urzędowego periodyku, który zdaniem wnioskodawców „treścią i formą przypominającego typową gazetę lokalną”. Takie same zarzuty dotyczą magazynu „Arena”, wydawanego przez Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji „Bystrzyca” („Lublin.eu” to wydawany przez Urząd Miasta w nakładzie 120 tys. egzemplarzy miesięcznik. Magazyn „Arena” to pismo wydawane przez miejską spółkę MOSiR „Bystrzyca). Co ciekawe, wnioskujący powołują się na słowa Donalda Tuska, który mówił: „Jeśli media nie są w pełni niezależne na poziomie ogólnopolskim, lokalnym, wojewódzkim, to wtedy władza staje się bezkarna, niezależnie od tego, kto rządzi”.

Wniosek poparły lubelskie redakcje/wydawcy: Dziennika Wschodniego, Kuriera Lubelskiego, Nowego Tygodnia, Lublin 24, SpottedLublin.pl i Lublin112 oraz Jawny Lublin. Wnioskodawcy wyliczają przy tym przykłady „informacji”, jakie znaleźć można na łamach obu samorządowych pisemek. I tak są to np. jawnie ocenne komentarze zawierające (zawsze) pozytywne opinie o inwestycjach w mieście, stylizowana na wywiad rozmowa urzędnika z prezydentem Żukiem czy też „sonda z pytaniem, jakie plany na wakacje mają m.in. Prezydent Lublina i czworo jego zastępców”. - Takie informacje nie mają waloru informacji publicznych. Wydawanie „informatora” w formie gazety szkodzi niezależnym mediom lokalnym, które są niezbędne do funkcjonowania demokracji. Organy władzy powinny poddawać się osądowi niezależnych dziennikarzy, a nie wydawać własne media - powtarzają jednym głosem lubelscy naczelni.

„Ich Lubuska ”(za nasze)

Nie lepiej wygląda sytuacja w Lubuskiem, gdzie urzędowe gazety wydaje wiele samorządów, ale to te nadzorowane przez zarząd województwa różni to, że udają „niezależne”. Stylizacja nie dotyczy tylko tytułu, formy artykułów, ale również elementów graficznych. Całość uwiarygadniają nazwiska osób, które przez lata wykonywały zawód dziennikarza.

Sprawa była wyrażona wprost: - Musimy mieć własne media - zakomunikowała swego czasu radnym Sejmiku marszałek województwa Elżbieta Polak. Jak powiedziała, tak się stało. Urząd Marszałkowski powołał Lubuskie Centrum Informacyjne, a wraz z nim rozpoczął publikowanie tygodnika „Nasza Lubuska”, który miał nawiązywać do wydawanej przez Polska Press Grupę „Gazety Lubuskiej”. Zarówno LCI, jak i „Nasza Lubuska” dysponują sporym, jak na jedno z najmniejszych województw w Polsce, budżetem: 1,5 mln zł na LCI oraz 1,3 mln zł. na marszałkowski periodyk.

Redaktorem naczelnym i jednocześnie dyrektorem LCI został były rzecznik prasowy urzędu Michał Iwanowski, a jego zastępczynią Iwona Kusiak, jeszcze niedawno dyrektor gabinetu zarządu województwa. W ramach zewnętrznego podwykonawcy, za ponad 100 tys. zł. rocznie, dołączył do nich były sztabowiec i kandydat PO w wyborach, a w przeszłości również wiceprezydent Gorzowa Radosław Sujak. Ten ostatni, za pieniądze z budżetu województwa powołał do życia kilka portali internetowych i fanpage’ów m.in. wlubuskie.pl.

Co ważne, marszałkowskie media zasiliła grupa dziennikarzy, którzy opuścili redakcję „Gazety Lubuskiej” po tym, jak redaktorem naczelnym dziennika został Janusz Życzkowski. - Nikt ich nie zwolnił i niczego nie cenzurował, ale oni swoje odejście tłumaczyli na zewnątrz inaczej, bo tak było im wygodnie - mówi Życzkowski. Byli dziennikarze, Zdzisław Haczek, Andrzej Flügel, Dariusz Chajewski oraz Szymon Kozica, wszyscy związani z „Gazetą Lubuską” przez długie lata, z dnia na dzień zostali więc urzędnikami.

Dariusz Chajewski trafił do „Naszej Lubuskiej”, wspomnianego periodyku wydawanego przez władze województwa. Zdzisław Haczek znalazł zatrudnienie w… Urzędzie Marszałkowskim, a Andrzej Flügel, wieloletni felietonista „GL”, który redakcję „Lubuskiej” porzucił na początku lipca 2021 r. „w proteście przeciwko cenzurze”. Swój cykl felietonów przeniósł do… marszałkowskiej „Naszej Lubuskiej”, a poprzedni redaktor naczelny Szymon Kozica spełnia się zawodowo w podległym władzom regionu Lubuskim Centrum Informacyjnym.

To zresztą nieodosobniony przypadek, kiedy lokalni dziennikarze są „zasysani” przez samorząd i sprowadzani do roli uprawiających politykę informacyjną urzędników. I tak autorem wspomnianego wyżej „wywiadu” z nauczycielką (serwis Bydgoszcz Informuje) jest pracownik urzędu, również eksdziennikarz, w tym przypadku „Gazety Pomorskiej” Roman Laudański. I on z powodzeniem odnalazł się w opłacanym z samorządowych pieniędzy periodyku.

- To nie są już dziennikarze, a sprawa wymaga rozwiązań systemowych - uważa prof. Lucyna Szot z Uniwersytetu Wrocławskiego. Co zaskakujące, wtórują jej niektórzy lokalni samorządowcy.

I tak 9 stycznia władze województwa ogłosiły przetarg na dystrybucję „Naszej Lubuskiej” w 12 powiatach i dwóch stolicach województwa. Kwota, bagatela, 303 tys. zł. Cały budżet na promocję województwa to 40,5 mln zł. - Dziennikarze muszą dojrzeć do tego, aby powołać własny samorząd, który będzie dbał o właściwy status zawodu dziennikarza - wyzłośliwia się profesor Szot.

Równie interesująco jest w Łodzi, gdzie miejska gazeta wydawana jest od czerwca 2021 r., wówczas z budżetem 2 mln zł na pół roku. Co równie ciekawe, nie wiadomo, ile pracuje w niej osób, bo Urząd Miasta pytania zbywa, tłumacząc, że „to nie miasto Łódź jest wydawcą, a Biblioteka Miejska”. Wiadomo natomiast, że i tu twórcami treści są byli dziennikarze, a dziś, podobnie jak w innych miastach, urzędnicy biura rzecznika Prezydent Łodzi.

Pieniądze na wydawnictwo przeszły głosami radnych Koalicji Obywatelskiej i ówczesnego klubu SLD (dziś Nowa Lewica). W tym przypadku potrzebę argumentowano pandemią, koniecznością dotarcia do seniorów oraz misją stworzenia „rzetelnego źródła informacji”. Gazeta ukazuje się trzy razy w tygodniu w łącznym nakładzie 60 tys. egzemplarzy, jest bezpłatna i kolportowana m.in. w tramwajach i autobusach miejskich. Faktycznie zawiera treści sprzyjające lokalnej władzy i chwalące np. inwestycje deweloperów, co „zrozumiałe” próżno szukać w niej informacji o stratach miejskich spółek, sporach zbiorowych w nich, strajkach w miejskich instytucjach itd.

Obieg zamknięty w Łodzi

Co więcej, Urząd Miasta Łodzi w ramach postępowań z wolnej ręki zleca swojemu publikatorowi płatne kampanie. Tylko w zeszłym roku UMŁ zapłacił 161 tys. zł za kampanię informacyjną dot. remontów ulic w mieście, obecnie trwa postępowanie z wolnej ręki na publikację ogłoszeń i nekrologów na cały 2023 r., i już wiadomo, że będzie kosztować więcej niż 130 tys. zł. W sumie na miejską gazetę w 2023 r. budżet miasta przeznaczy nie 2, a już 3 mln zł. Wszystko pomimo faktu, że jak mówiła sama prezydent Łodzi Hanna Zdanowska, miasto ma rekordowy deficyt.

Podobne sytuacje mają miejsce w wielu polskich miastach i miasteczkach: „Pełnowartościowe redakcje zastępowane są przez media sponsorowane przez samorząd. Władze Wrocławia np. na portal wroclaw.pl wydają kilkadziesiąt milionów złotych rocznie” - pisał wspomniany Andrysiak w książce „Lokalsi. Nieoficjalna historia pewnego samorządu”. Jednak szczególną uwagę warto zwrócić na Kraków. Tu skala wydatków na samorządowe/magistrackie media jest tak porażająca, że pomimo wciąż lokalnego wymiaru zyskała już pewien ogólnokrajowy rozgłos.

Wawelski Gród ma np. aż dwie urzędowe telewizje. Pierwsza to działająca od wielu lat Telewizja.krakow.pl, gdzie prezydent Krakowa Jacek Majchrowski występuje cyklicznie, by w stylizowanej na dziennikarski wywiad rozmowie ze swoją pracownicą ogłosić urbi et orbi to, co akurat ma do ogłoszenia i reagować na kryzysy w mieście. Ukazuje się tu także udający serwis informacyjny m.in. cotygodniowy przegląd wydarzeń.

Poza Telewizją kraków.pl, władze Krakowa (Krakowskie Biuro Festiwalowe) odpowiadają także za redagowany przez zaprzyjaźnionych z nimi autorów „Kraków. Miesięcznik społeczno-kulturalny” i czasopismo „krakow.pl.”. Ten ostatni to szeroko kolportowany w lud dwutygodnik wydawany przez Urząd Miasta Krakowa.

Zasługuje on na uwagę nie ze względu na to, o czym jest tam pisane (zakres tematyczny jak w magistrackiej telewizji), a raczej czego brakuje. Jak pisałem we wcześniejszej analizie dla portalu i.pl. propaganda i cenzura doszła tam do tego stopnia, że w ostatnich miesiącach zrezygnowano ze zwyczajowego oddawania stron miejskim radnym, tłumacząc to m.in.... „niezależnością redakcji dwutygodnika” oraz faktem, że radni nie partycypują w kosztach druku i kolportażu. Jak to ma się do rzekomego pluralizmu i misji informowania o urzędowych sprawach? Nie wiadomo.

Kraków zawsze w awangardzie

Władzom Krakowa to wszystko jednak nie wystarczyło i dlatego tuż po pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę uruchomiono perłę w koronie ich medialnego koncernu - DRUGĄ miejską telewizję - Play.Krakow.pl (dziś w ramach nieudanych prób łagodzenia kryzysu wizerunkowego Hello Kraków). Zarządzana przez powołaną chwilę wcześniej miejską spółkę Krakow 5020 telewizja miała rzekomo relacjonować pomoc uchodźcom i emitować skierowane do nich komunikaty. Dość prędko okazało się, że narracja o pomocy uchodźcom miała w sobie więcej z tzw. warwashingu niż z działalności charytatywnej (warwashing - wykorzystywanie przez osoby, firmy i instytucje wojny i szeroko rozumianej pomocy jej ofiarom do swoich osobistych celów - wm).

Jednocześnie kontrowersje od początku budził rozmach, z jakim inwestycja była prowadzona. Dziennikarze „Gazety Krakowskiej”, portalu Interia.pl i lokalnego wydania „Gazety Wyborczej” ustalili m.in., że roczny koszt funkcjonowania Play.krakow.pl może wynieść nawet 24,5 mln zł. Na pensje spółka wydaje ponad 800 tys. zł miesięcznie, a jak niesie wieść, wydział kultury Urzędu Miasta zawnioskował o przekazanie wydającej telewizję spółce w 2023 r. 74,7 mln zł. Wszystko w sytuacji, gdy w budżecie zaplanowano deficyt przekraczający 1 mld zł.

Pod Wawelem sprawa zrobiła się tak elektryczna, że powołano specjalną komisję Rady Miasta Krakowa ds. wydatków w spółce Krakow 5020. Wchodzący w jej skład radni nie mogą jednak doprosić się kluczowych dokumentów, a spotykać się z nimi nie chce prezydent Krakowa, człowiek za sprawę odpowiedzialny najbardziej. Nie jest zresztą tajemnicą, że owa telewizja to jego oczko w głowie. I tu pojawia się zresztą jako gość, co w ostatnich tygodniach stało się pośmiewiskiem internautów. Autor lokalnego bloga Krowoderska.pl usunął z rozmowy z Majchrowskim odpowiedzi prezydenta miasta, pozostawiając same, zadawane mu przez pracownicę pytania. Skutek był porażająco-żenujący, bo okazało się, że najostrzejsze z kilkunastu pytań dotyczyło tego, czy to prawda, że Majchrowski pracuje do późna.

Władz Krakowa nie zbija to jednak z pantałyku. Przeciwnie. W ostatnich dniach doszło nawet do skandalu - urzędnicy wysłali do prowadzącego satyryczny profil na Facebooku mieszkańca Krakowa pismo, w którym domagają się… usunięcia krytycznych wobec drugiej urzędowej telewizji wpisów w mediach społecznościowych. Mateusz Jaśko, bo o nim mowa, wyśmiewał m.in. niski poziom materiałów, ich propagandowy wydźwięk czy też fakt zatrudnienia w spółce córki wysokiej rangą urzędniczki. Z pisma wynika, że jeśli nie usunie swoich „uderzających w dobre imię spółki” komentarzy, rzecz trafi do sądu. W odpowiedzi Jaśko zapowiedział, że rozpocznie zbieranie podpisów pod obywatelską inicjatywą uchwałodawczą. - Co będziemy uchwalać? Rozwiązanie najbardziej aroganckiej spółki, jaka kiedykolwiek powstała w Krakowie, spółki Krakow 5020 - napisał.

I tak jak Polska długa i szeroka, bez formalnej kontroli, często bez obostrzeń wymaganych przez Prawo Prasowe, czy nawet rejestracji poszczególnych periodyków jako tytuły prasowe. Bez polemik i sprostowań wyrósł formalnie ze sobą niepowiązany samorządowy koncern prasowy, tworzący alternatywny obieg (zawsze pozytywnych) dla władz informacji.

Wołanie na puszczy?

To dlatego wydawca i redaktor naczelny „Portalu Kujawskiego” zwrócił się do UOKiK o zbadanie, czy Urząd Miasta w Bydgoszczy nie narusza reguł wolnej, uczciwej konkurencji na rynku prasowym, finansując wydawanie pisma i portalu „Bydgoszcz Informuje”. Może to precedens na skalę krajową. I dobrze, że wspiera go Stowarzyszenie Gazet Lokalnych: - Mamy do czynienia z nierówną konkurencją, bowiem ,,Bydgoszcz Informuje” dysponuje w tym wypadku finansowaniem środkami publicznymi. Jednocześnie z racji rozpowszechniania bezpłatnej gazety, ma ona znacznie większy zasięg od komercyjnych wydawnictw, które muszą się kierować przede wszystkim rachunkiem ekonomicznym - czytamy.

Co ważne Rzecznik Praw Obywatelskich zajmował już stanowisko w tej sprawie:

- Wydawanie prasy przez jednostki samorządu terytorialnego niesie ryzyko zakłócenia funkcji mediów w społeczeństwie demokratycznym - mówił RPO Marcin Wiącek w sierpniu ub. roku. To wtedy zwrócił się do Ministra Kultury I Dziedzictwa Narodowego w kwestii wydawanych przez jednostki samorządu terytorialnego biuletynów. Więcek chciał, by wicepremier Piotr Gliński rozważył nowelizację Prawa Prasowego i przepisów regulujących działanie samorządu w tej sprawie. O tym, że rzecz jest ponadpolityczna niech świadczy fakt, że podobne wątpliwości miał także jego poprzednik Adam Bodnar.

Jak sprawa się skończy, nie wiadomo. SGL podaje, że „Niestety, z odpowiedzi na pismo RPO wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego wynika jednak, że taka praktyka nie może być prawnie zakazana, bo naruszałaby zapisy konstytucji. Jakie to zapisy, nie wiadomo, bowiem Konstytucja RP nie przyznaje władzy lokalnej prawa do propagandy za publiczne pieniądze”.

Trudno nie zgodzić się także z innym stanowiskiem SGL: „Uzurpowanie przez biuletyny samorządowe roli gazet wiąże się niejednokrotnie z utrudnianiem dostępu do informacji dziennikarzom prasy prywatnej, co jest podważeniem fundamentalnej zasady wolności słowa i prawa dostępu obywateli do informacji publicznej”.

Jest to zagrożenie nie tylko dla lokalnych gazet i portali (szczególnie tych należących do małych wydawców, niekorzystających tak jak Polska Press Grupa z efektu skali), ale również dla jakości debaty publicznej w „małych ojczyznach”, kondycji samego dziennikarstwa i możliwości kontroli władzy przez niezależnych dziennikarzy. Fakt, że dzieje się to najczęściej bez uwagi ogólnopolskich mediów, że opiniotwórczy komentatorzy (ale i pochłonięci „ważniejszymi sprawami” politycy) nie poświęcają temu większej uwagi sprawia, że wolność słowa umiera w ciszy. I tym razem nie są to czcze hasła, podobne do tych wykrzykiwanych na manifestacjach na rzecz potężnych telewizji z zagranicznym kapitałem.

Dzieje się to wszystko w czasie największego od lat kryzysu na rynku prasy drukowanej, w sytuacji, gdy nawet giganci wydawniczy rezygnują z papierowych wydań i gdy konkurencja w internecie jest silna jak nigdy. Z lokalnych mediów do urzędów podkupywani są dziennikarze, którym lokalni wydawcy nie są w stanie zaoferować konkurencyjnego wobec urzędowych stawek wynagrodzenia. Oni sami nie mogą też często liczyć na reklamy i ogłoszenia, ponieważ te ukazują się w „obiegu zamkniętym”. System się domyka, a lokalne media po cichu umierają. Ile tytułów zniknie z rynku przed wyborami samorządowymi, nie wiadomo. Wiadomo za to, że to nie koniec wysypu samorządowych tworów, które nawet nie udają, że chodzi im o coś innego niż zmonopolizowanie lokalnego rynku medialnego.

Współpraca: Marcin Darda, Robert Bagiński

Wojciech Mucha

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.