Aleksandra Suława

Dramaty millenialsa: Dziewięć metrów komfortu

Dramaty millenialsa: Dziewięć metrów komfortu
Aleksandra Suława

Każde domowe porządki utwierdzają mnie w przekonaniu, że człowiek gromadzi tyle gratów, na ile tylko pozwala mu przestrzeń.

Piwnica? Ładujemy. Strych? Ścieśniaj, ścieśniaj. Garaż? Do oporu. Domek gospodarczy? Czy tam, w lewym kącie, nie udałoby się podwiesić jeszcze jednej półeczki? Dawno już straciliśmy rozeznanie, co kryje się w skrzynkach, kartonach, ale na pewno jest to coś, co mogłoby się przydać. Nieszczęśnicy, którzy zamiast domów posiadają mieszkania, używają sobie w pawlaczach i komórkach lokatorskich. Jednak niezależnie od metrażu ze wszystkich sprzątających i segregujących gardeł, niesie się jęk: mam za mało miejsca!

Niestety prawda jest taka, że dziś mamy więcej miejsca niż kiedykolwiek. 30, 35-metrowe mieszkanie, które w tej chwili kupujemy jako „tymczasowe minimum” sto lat temu byłoby uznane za luksusowe. Głód mieszkaniowy na początku lat 30. był tak duży, że w Warszawie, ludzie gnieździli się w namiotach i lepiankach, a deficyt powierzchni mieszkalnej podawano w dziesiątkach tysięcy metrów kwadratowych. Nie była to tylko polska bolączka - nad tym, gdzie pomieścić obywateli głowili się architekci całego świata z Gropiusem, który postulował stworzenie standardu „mieszkania minimum”, na czele. W wersji znad Wisły, stworzonej przez Helenę i Szymona Syrkusów, minimum oznaczało 6-9 m kwadratowych na osobę i wyposażenie w postaci szaf w ścianach i składanych łóżek. Największą ozdobą tego skromnego wnętrza było zajmujące niemal całą wąską ścianę okno.

Tutaj można by odetchnąć, uśmiechnąć się i pomyśleć, że w dawnych czasach najfajniejsze było to, że już minęły. Tyle, że chyba nie minęły bezpowrotnie. Co prawda lepianki i namioty raczej nam nie grożą, ale mikrometraże już owszem. Furorę za oceanem robią dziś ponoć małe domki - ludzie z jednej strony nie są w stanie zaciągnąć kredytów na dom, z drugiej chcą mieszkać w wysokim standardzie. Wybierają więc luksus w wersji mikro i inwestują w domek-chatkę, którego powierzchnia ma paredziesiąt metrów, ale jest dopracowana w najmniejszym szczególe. Ruch doczekał się już własnej nazwy: „Tiny house movement”, programu telewizyjnego i kilku publikacji. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można się więc spodziewać, że wkrótce czeka go transfer za ocean. Pytanie tylko, jak przetrwa konfrontację ze słowiańskim zbieractwem...

Aleksandra Suława

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.expressbydgoski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.