Dlaczego politycy używają języka wojny? Rozmowa z prof. Elżbietą Laskowską, językoznawczynią

Czytaj dalej
Fot. Tomasz Czachorowski
Dorota Witt

Dlaczego politycy używają języka wojny? Rozmowa z prof. Elżbietą Laskowską, językoznawczynią

Dorota Witt

- Manipulacja była, jest i będzie. Do pierwszej posunął się Szatan w Raju, kiedy kusił Ewę jabłkiem. Gdy stosują ją politycy, nie wystarczy wyłączyć telewizora, by nie być jej poddawanym. Przecież jeśli czegoś nie widzę, nie znaczy, że tego nie ma - mówi prof. Elżbieta Laskowska, językoznawczyni, przewodnicząca bydgoskiego Stowarzyszenia Etyki Słowa.

Może ja zacznę: jestem filologiem, nie politykiem.

A ja właśnie o język polityków będę pytać. Jak to jest, że język nieustannie się rozwija, zmienia, tymczasem - mam wrażenie - język polityków dziś się cofa? Co najmniej do czasów propagandy komunistycznej.

Też mam czasami takie odczucie: nasilają się w języku dzisiejszych polityków określone, dobrze znane z lat minionych, tendencje, jednak odpowiedź nie jest jednoznaczna. Wystarczy przyjrzeć się badaniom, poświęconym językowi polityki lat 30. Okazuje się, że wcale nie był mniej agresywny niż dzisiejszy. Język, jakim posługiwali się politycy na początku lat 90., rzeczywiście był trochę inny, mniej dosadny, mniej napastliwy. Oczywiście i wtedy politycy nie stronili od krytykowania swoich przeciwników, ale nie robili tego tak agresywnie. To, że potem dość szybko nastąpił powrót, do tego, z czym już przed laty Polacy się osłuchali, niepokoi. Co może z tym zrobić językoznawca? Powinien obserwować i opisywać zjawiska zachodzące w języku, gdy trzeba - jasno powiedzieć autorowi nieetycznej wypowiedzi, że jego zachowanie jest złe, że deprecjonuje innych, że odbiera innym podmiotowość. Nie ma co się jednak łudzić, że to wystarczy, że naukowe argumenty nawrócą polityka na drogę cnoty.

Agresywny i wulgarny język pozwala politykowi zwrócić na siebie uwagę. Oczywiście nie tylko taki, ale tego użyć najłatwiej. Wielu chyba pojęcia nie ma, że można inaczej.

W wypowiedziach polityków „dobrej zmiany” rysuje się obraz świata podzielonego na czarny i biały: jesteśmy my (dobrzy) i wy (źli). Czy to nie kalka z języka władzy ludowej?

Nie tylko politycy wartościują, w języku potocznym robimy to wszyscy. Ale jak już mnie tak pani ciągnie za język, powiem. Analizując w ostatnich latach język polityków, zauważyłam w nim trzy rodzaje nacechowań, czy inaczej: kryteriów, według których autorzy tych wypowiedzi oceniają to, co dobre i to, co złe.

Po co politycy mówią w sposób agresywny?

Agresywny i wulgarny język pozwala politykowi zwrócić na siebie uwagę. Oczywiście nie tylko taki, ale tego użyć najłatwiej. Wielu chyba pojęcia nie ma, że można inaczej.

Po co politycy manipulują?

Bardzo niewiele zjawisk znajduje swoje dokładne, jednoznaczne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Kiedy zapyta mnie pani, która jest godzina, odpowiem, że 12.30 i to będzie bezdyskusyjnie prawda. Kiedy jednak mogę wybrać, czy powiem: „Paweł kupił samochód od Piotra”, czy może „Piotrek sprzedał samochód Pawłowi”, ten wybór będzie podyktowany tym, jaką wizję rzeczywistość chcę komuś przedstawić. Jeszcze wyraźniej widać to, gdy powiem: „Kasia jest zamieszana w kradzież”. Słuchacz nie wie, czy to ona ukradła, czy jej ukradli. O tym samym wyimku rzeczywistość można powiedzieć: „prawnie dopuszczalna aborcja to realizowanie wartości jaką jest wolność kobiety” albo: „prawnie dopuszczona aborcja to…

… Holocaust dzieci nienarodzonych”.

Polityk posłuży się takim opisem, który będzie zgodny z jego wizją świata i który pomoże mu przekonać do tej wizji słuchaczy. I w tym też nie ma nic nienormalnego, nic nowego. Nawet w rodzinie dochodzi do takich sytuacji, że jedni drugich usiłują przekonać do swojego zdania. Znów jednak podzielę zjawiska, które dostrzegamy przy próbie oddziaływania językowego w życiu publicznym: politycy albo manipulują (czyli często zwyczajnie częściowo wprowadzają w błąd), albo agresywnie atakują drugą stronę. I jedno, i drugie wyklucza dialog na tematy światopoglądowe (a on naprawdę jest możliwy!). I jedno, i drugie odbiera podmiotowość drugiemu człowiekowi.

Wielu w takich sytuacjach zwyczajnie wyłącza telewizor. To trochę tak, jak pójść na spacer w porze „Dziennika Telewizyjnego” w czasach PRL…

I mnie dziś zdarza się wyłączyć odbiornik, kiedy wypowiada się jakiś polityk (choć myślę wtedy, że jako badaczka powinnam zadać gwałt naturze: dokładnie wysłuchać, zaobserwować, opisać...). Tylko czy to wyłączenie telewizora rozwiązuje problem? Przecież dane zjawisko nie przestaje istnieć, kiedy go nie widzimy. Jest lepszy sposób. Im więcej wiemy o świecie, tym mniej nieprawdy dajemy sobie wmówić.

Pewnie właśnie z niewiedzy niektórzy uwierzyli w hasło „uchodźcy przenoszą choroby”.

To, że jesteśmy odporni na manipulację to mit. To, co możemy zrobić, to uzbroić się w wiedzę.

Politycy albo manipulują (czyli często zwyczajnie częściowo wprowadzają w błąd), albo agresywnie atakują drugą stronę. I jedno, i drugie wyklucza dialog na tematy światopoglądowe (a on naprawdę jest możliwy!). I jedno, i drugie odbiera podmiotowość drugiemu człowiekowi.

Politycy coraz chętniej posługują się „językiem wojny”. Słyszymy o feminazistkach, o ekoterrorystach, atakach na Kościół, ideologii LGBT, cywilizacji śmierci…

Nie dziwi mnie ta wojenna metaforyka. Była widoczna i w latach 90., i wcześniej. Polityk chce być wyrazisty, rozpoznawalny. Gładki, umiarkowany język tak szybko mu tego nie da. Tak myśli.

Są też takie słowa, którym politycy nadają nowe znaczenie, np. sformułowanie „dobro dziecka” kojarzy się już dziś jednoznacznie. Wcześniej określenie, które kojarzyło się z historycznym wydarzeniem - „targowiczanie” - przypisano całkiem współczesnym działaniom posłów...

Oj, nie namówi mnie pani na ocenę konkretnej opcji politycznej. To nic nowego, że słowa nabierają znaczeń dopiero w kontekście. Lekarz o wyleczeniu pacjenta powie „zwycięstwo”. Polityk określi tak poczynania swojej partii, które dla strony przeciwnej wcale zwycięstwem nie będą.

A przymiotnik „narodowy” zyskał dwa skrajne znaczenia - w zależności od tego, kto go używa. Jest więcej takich słów?

Tak, narodowy to albo „przynależny do narodu” albo „nacjonalistyczny”. Jest wiele takich słów. Tolerancja to albo „otwartość, życzliwość wobec ludzi, którzy się od nas różnią” albo „zgoda na zło”. Stąd (z używania słów w różnym znaczeniu) biorą się często nieporozumienia, nie tylko w polityce, także w rodzinie, w rozmowach przyjaciół. Wielu Polaków źle rozumie słowo „tolerancja”, sądzą że to ni mniej, ni więcej synonim wyrazu „akceptacja”. A to, że toleruję np. ludzi o innym światopoglądzie, nie znaczy wcale, że akceptuję ich punkt widzenia.

Politycy lubią też czarny humor, co widać, np. kiedy powtarzają takie sformułowania jak: „pancerna brzoza” czy „Bartoszewski wyszedł na L4”. To dobry czas dla satyryków?

Dla satyryków czas zawsze jest dobry. Co do chwytów, do jakich uciekają się politycy: to hiperbolizacja, wyolbrzymianie swoich zasług z pomniejszeniem działań przeciwników. Określenia „czarny humor” bym tu nie użyła. Bo co to w ogóle znaczy? Zresztą, nie będziemy się przecież kłócić o słowa.

Dorota Witt

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.expressbydgoski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.