Adam Willma

Brygada Świętokrzyska budzi emocje. Co na to historia?

Zdjęcie pochodzi z: 'Męczeństwo, walka, zagłada Żydów w Polsce 1939–1945, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1960, zdjęcie numer 265, Fot. Autor nieznany/wikipedia.org/Domena publiczna Zdjęcie pochodzi z: 'Męczeństwo, walka, zagłada Żydów w Polsce 1939–1945, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1960, zdjęcie numer 265, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=61036728
Adam Willma

Rozmowa z prof. Czesławem Brzozą, historykiem, o Brygadzie Świętokrzyskiej.

Dziejami Brygady Świętokrzyskiej zajmowął się pan już w latach 60. Trudne czasy na tak trudne zagadnienia.
W końcu lat 60. przygotowywałem pracę magisterską poświęconą ruchowi oporu w Kieleckiem. Jej część została nawet opublikowana, o czym zresztą dowiedziałem się po fakcie, ale akurat fragment dotyczący Brygady się w niej nie znalazł. Później formacja ta pojawiła się znów w kręgu moich zainteresowań, gdy rozpocząłem badanie dziejów polskich kompanii wartowniczych przy armii amerykańskiej, tworzonych po zakończeniu II wojny światowej. Brygada przekształcona została w takie kompanie, w dużym stopniu wykorzystywane do zabezpieczania obozów dla niemieckich jeńców.

Wówczas wiedział pan o budzącej obecnie tyle emocji współpracy tej jednostki z Niemcami?
Gdy zdobywałem swą wiedzę historyczną, o NSZ i Brygadzie mówiono i pisano niewiele, a jeżeli już, to tylko jako o kolaborantach, a za koronny dowód tego, że nimi byli, uważano ich wspólne z Niemcami wycofanie się przed wkraczającymi wojskami sowieckimi. Rzeczywistość była jednak bardziej skomplikowana. O tym zagadkowym epizodzie - przemarszu przez Śląsk i Czechy - niewiele wiedziałem, choć oczywiście, zastanawiające było, jak jednostka taka mogła przejść przez obszary kontrolowane przez Niemców. Gdy zetknąłem się z późniejszymi wspomnieniami jej członków, sprawa niewiele się rozjaśniła. Przedstawiali oni różne wersje tego zdarzania, ale najczęściej trochę koloryzowali, bo opowieści o tym, że posuwali się między liniami frontu lub przebijali się na Zachód, walcząc z Niemcami - były, delikatnie mówiąc, mało prawdopodobne. Dopiero gdy kilkanaście lat temu przygotowywałem do wydania I tom „Rozkazów dziennych Brygady…” z lat 1944-45, coś zaczęło się wyjaśniać. Brygada na przejście linii frontu uzyskała zgodę Niemców i oficjalnie oświadczyła, że wchodzi w okres niewojowania z nimi. W czasie przemarszu znajdowali się przy niej niemieccy oficerowie łącznikowi, strona niemiecka zapewniała jej zakwaterowanie i zaprowiantowanie, a w razie potrzeby szpitalną pomoc medyczną. Część drogi to nie był przemarsz, ale przejazd - oczywiście niemieckimi pociągami. Dla zdeklarowanych przeciwników Brygady sytuacja jest ewidentna. Pojawia się jednak pytanie - czy wykorzystanie pomocy wroga zawsze jest równoznaczne z kolaboracją? I przyznam, że do dziś nie mam jednoznacznej odpowiedzi.

Brygada Świętokrzyska oficjalnie głosiła, że uznaje rząd na emigracji, ale nie chciała podporządkować się ani jego nakazom, ani dowództwu AK.

Mamy lato 1944. Armia Czerwona dochodzi już do linii Wisły, przegrana Niemiec jest nieuchronna, pojawiają się już nie tylko myśli o wolności, ale też o tym, jak ta wolność będzie wyglądała. Rząd londyński nakazuje Narodowym Siłom Zbrojnym przyłączyć się do AK i w tym momencie rozpoczyna się ta historia…
Umowa scaleniowa między AK i NSZ została podpisana już w marcu 1944 r., ale część działaczy narodowych i część członków NSZ nie zaakceptowała tego porozumienia. Mieli własną wizję przyszłości i własny stosunek do toczących się zmagań militarnych i roli odgrywanej przez Armię Krajową. Wynikało z przekonania, że Niemcy są już żywym trupem, a więc po co - mówiąc słowami ówczesnej publicystyki - kopać zdychającą kobyłę. Prawdziwe niebezpieczeństwo dla Polski i jej przyszłości nadchodziło ze Wschodu. Dlatego za najważniejsze uznano likwidację tego zagrożenia. Oczywiście nie można było po-djąć bezpośredniej walki z Armią Czerwoną, która dysponowała miażdżącą przewagą liczebną i techniczną, ale należało zrobić wszystko, aby po zajęciu ziem polskich Sowieci nie znaleźli zbyt wielu zwolenników i aby nie mieli się na kim oprzeć przy budowie komunistycznego państwa. Siłą rzeczy wrogiem numer jeden stali się w tym momencie komuniści, ich oddziały partyzanckie i środowiska im sprzyjające. Do starć z Niemcami od czasu do czasu też dochodziło, ale były to raczej „wypadki przy pracy”. Brygada Świętokrzyska oficjalnie głosiła, że uznaje rząd polski na emigracji, ale nie chciała się podporządkować ani jego nakazom, ani dowództwu Wojska Polskiego w konspiracji, tzn. Armii Krajowej. Ponadto jej kiero-wnictwo polityczne traktowało powstanie warszawskie jako fatalny błąd, bo uważało, że - angażując siły niemieckie - zryw przynosi korzyść Sowietom.

Jaka miała być ta alternatywna Polska? Taka jak w narodowej publicystyce - jednonarodowa, autorytarna, spojona nacjonalistyczną ideologią?
Cele wyznaczone były przez ideologów radykalnego nurtu narodowego. Należy jednak pamiętać, że znaczna część partyzantów nie była świadomymi wyznawcami idei narodowych. W wielu przypadkach byli to ludzie, którzy do Brygady trafili przez przypadek. Młodzi ludzie wstępowali najczęściej do tej organizacji, która na ich terenie formowała się jako pierwsza lub z którą udało im się nawiązać kontakt. W Kieleckiem wpływy narodowe były znaczne już przed wojną, nic więc dziwnego, że z tego rejonu wywodziła się większość osób zasilających Brygadę. Napływała do niej inteligencja, ale także przedstawiciele środowisk chłopskich i robotniczych. Wśród ochotników byli uczniowie przedwojennych lub konspiracyjnych szkół średnich, o dość już skrystalizowanych poglądach, ale część partyzantów dopiero w Brygadzie uczyła się czytać i pisać.

Nazwa Brygady Świętokrzyskiej jest odmieniana przez wszystkie przypadki, tym bardziej zaskoczyć mogą zestawione przez pana liczby. Chodzi raptem o 1000 osób, które do dyspozycji miały działko przeciwpancerne i 5 ciężkich karabinów maszynowych ze śladową liczba amunicji…
Kiedy Brygada opuszczała ziemie polskie, nie miała nawet tysiąca żołnierzy. Dlatego sądzę, że te relacje, w których opowiada się, że rozmowy z Niemcami toczone były w tonie żądań i ultimatów nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Wehrmacht, który niemal do końca zachował sprawność bojową i dyscyplinę, z taką grupą szybko by sobie poradził.

A jednak tego nie uczynił. Jak to możliwe?
Na pewno decyzji w tej sprawie lokalni dowódcy kolejnych odcinków frontu nie podejmowali samodzielnie. Ze znanych relacji wynika, że w trakcie pertraktacji z Brygadą prowadzili oni rozmowy z władzami znacznie wyższego szczebla, być może z Berlinem. Jaki był cel takiego zdumiewającego zachowania Niemców? Narzuca się przypuszczenie, że chodziło o korzyści propagandowe - pokazanie, że zabiegi o stworzenie w Europie antybolszewickiego frontu przynoszą skutek.

Co mówią źródła niemieckie?
Problem w tym, że ich nie znamy. Wszystko, co wiemy na temat Brygady pochodzi z jej własnych źródeł, wspomnień, mało wiarygodnych materiałów procesowych albo jeszcze mniej wiarygodnych polemik. Bez wątpienia w materiałach niemieckich znaleźlibyśmy odpowiedzi na wiele pytań. Zresztą nie tylko w sprawie Brygady Świętokrzyskiej, bo nie była to jedyna formacja korzystająca z pomocy armii niemieckiej (uzyskiwały ją np. zgrupowania akowskie na Wileńszczyźnie), choć z pewnością nikt tej pomocy nie otrzymywał na taką skalę. Wydaje mi się, że ze względu na swój zdecydowanie antykomunistyczny charakter Brygada dostawała pomoc jeszcze zanim wyruszyła w swój sławny rajd na Zachód. Warto przypomnieć, że w początkach jej działalności jednym z większych osiągnięć było zdobycie dużego transportu broni pod Krzelowem. Część historyków zwracała uwagę, że trudno jest zrozumieć powód, dla którego Niemcy wysłali tak duży i tak słabo chroniony transport broni boczną, leśną drogą. Jaki mógł być inny cel takiego postępowania, jeśli nie podsunięcie zapasów broni partyzantom?

W jaki sposób nawiązywany był kontakt z Gestapo? Nam, ludziom którzy wojnę znają z książek i filmów, trudno jest sobie wyobrazić takie sceny.
Niemcy dysponowali świetnie zorganizowanym wywiadem i dużo wiedzieli o polskim podziemiu. Częścią tej machiny był niezwykle sprawny Paul Fuchs, szef radomskiego Gestapo. W kwietniu 1945 r., już w czasie pobytu Brygady na terenie Czech, w Monachium doszło do spotkania dowództwa Brygady z Niemcami. Jednym z uczestników tych rozmów był właśnie Fuchs, który również przedostał się na Zachód. Niestety, nie znam niemieckiego protokołu z tego spotkania, ale tekst opublikowany przez stronę polską świadczy, że podjęte decyzje dotyczyły szerokiego wachlarza problemów, łącznie z możliwością prowadzenia werbunku do Brygady wśród jeńców polskich przebywających w oflagach.

Argumentem obrońców Brygady Świętokrzyskiej jest jej pozytywna weryfikacja przez amerykański kontrwywiad.
Amerykanie podchodzili do tych spraw bardzo pragmatycznie. Zapewne spodziewali się, że konflikt w Europie nie jest definitywnie zakończony. W ostatnich dniach wojny Brygada włączyła się czynnie w walkę przeciwko Niemcom, ale z punktu widzenia Amerykanów najważniejszy był chyba ten jej głęboki antykomunizm, który mógł się w przyszłości przydać. Poza tym należy bardzo mocno podkreślić, że Brygada Świętokrzyska, chociaż obficie korzystała z niemieckiej pomocy i przy każdej okazji ten antykomunizm i antybolszewizm akcentowała, to jednak - pomimo nieustannych nacisków - nigdy nie wzięła wspólnie z oddziałami niemieckimi bezpośredniego udziału w walkach z „sojusznikiem naszych sojuszników”. Przy takich naciskach jej przedstawiciele zasłaniali się argumentem, że są formacją typu partyzanckiego, a nie regularną jednostką, więc bez wyszkolenia i doposażenia nie przydadzą się na linii frontu. Niemcy zresztą weszli w tę grę i szkolili świętokrzyskich partyzantów na swoich poligonach. Dowódca jednej z takich grup opowiadał np., że jego ludzie zaopatrzyli się w leżącą w stosach na poligonie radziecką broń, czego Niemcy rzekomo w ogóle nie zauważyli. Trudno uwierzyć w taką ich niefrasobliwość. Niemcy mieli nadzieję, że przeszkolona Brygada weźmie udział w walkach, co miało przynieść skutek nie tyle bojowy, ile propagandowy - świadczyć, że powstaje wspólny europejski front walki z bolszewizmem.

Jest w dziejach Brygady epizod heroiczny - wyzwolenie obozu w Holiszowie. No właśnie - heroizm czy okazja do stworzenia sobie alibi?
Wyzwolenie obozu w kobiet w Holiszowie 5 maja 1945 roku było i jest bardzo eksponowane w wielu publikacjach, m.in. dużo miejsca poświęca mu dowódca Brygady, A. Bohun-Dąbrowski, w swoich wspomnieniach. Według opisu, ilustrowanego dodatkowo szkicem sytuacyjnym, akcja ta była przeprowadzona wyjątkowo sprawnie, choć załogę otoczonego ogrodzeniem z drutu kolczastego i bunkrami z gniazdami ciężkich karabinów maszynowych obozu stanowiło ok. 200 SS-manów, a atakujący mogli doń dojść jedynie przez wąski mostek nad dość głęboką rzeczką. Mimo tych wszystkich przeszkód akcja zakończyła się pełnym powodzeniem, uwolniono więźniarki i wzięto do niewoli wszystkich SS-manów, przy stratach własnych wynoszących dwóch rannych. Pomijam już fakt, że problematyczny jest także element zaskoczenia, skoro przed rozpoczęciem akcji do dowódcy Brygady przybyła delegacja mieszkańców Holiszowa „z prośbą o odłożenie ataku na obóz”.

Jakie były losy członków Brygady Świętokrzyskiej po wojnie?
Ci, którym udało się przedostać do amerykańskiej strefy okupacyjnej, zostali na Zachodzie. Po rozwiązaniu w 1947 roku większości kompanii wartowniczych część z nich zamieszkała we Francji, gdzie skupiła się w założonej tam organizacji „Ogniwo”. Większość wyemigrowała do USA. W Chicago powstało nawet koło Stowarzyszenia Kombatantów Polskich, które grupowało członków NSZ. Kwestie te na tyle szczegółowo, na ile było to możliwe, omówiłem w wydanej w 2015 publikacji „Ludzie Brygady”, w której zamieściłem kilkaset notek i not biograficznych oficerów i żołnierzy służących w tej formacji do dnia zakończenia wojny.

A ci, którzy pozostali w Polsce?
Niektórzy zginęli w walce, wielu zostało aresztowanych, postawionych przed sądem i skazanych na karę śmierci, a wyroki z reguły wykonywano. Przeżyli nieliczni. To ze względu na ich powojenne losy dowództwo Brygady wielokrotnie podkreślało, że wymuszona okolicznościami konieczność porozumienia się z Niemcami była ceną, którą należało zapłacić, gdyż był to jedyny sposób, aby ocalić dla przyszłej walki jej żołnierzy.

Adam Willma

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.expressbydgoski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.