Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

W Polsce brak mi amerykańskiego luzu i optymizmu

Czytaj dalej
Fot. Adam Guz
Paweł Gzyl

W Polsce brak mi amerykańskiego luzu i optymizmu

Paweł Gzyl

Anna Lucińska to jedna z najpiękniejszych polskich aktorek. Opowiada o doświadczeniach w „Dzień dobry, Polsko”, pracy przy serialu „Na dobre i na złe” i amerykańskich przygodach.

Pół roku temu zostałaś jedną z prowadzących „Dzień dobry, Polsko” w TVP1. Jak się odnalazłaś w roli telewizyjnej prezenterki?

Bardzo mi się to spodobało. To zupełnie coś innego niż aktorstwo. Telewizja na żywo wymaga ciągłej improwizacji i skupienia. Ważna jest też „praca z uchem” - czyli podzielność uwagi, co dla mnie było poważnym wyzwaniem, ponieważ, mimo iż jestem kobietą, nie mam tej umiejętności. Okazało się jednak, że całkiem dobrze sobie z tym poradziłam. Z przyjemnością odczuwam ten gwałtowny skok adrenaliny, kiedy zaczyna się odliczanie i wchodzimy na antenę.

Rozmawiacie w studiu z zaproszonymi gośćmi o wszystkim: od gospodarki, przez zdrowie, po kulturę. Dużo czasu zajmuje Ci przygotowywanie się do każdego tematu?

Kiedy wiem wcześniej, kto będzie gościem, mogę spokojnie zebrać informacje. Oczywiście podstawą jest scenariusz i dokumentacja, które dostaję z produkcji, ale zawsze staram się pogłębiać swoją wiedzę. Szukam ciekawych artykułów, rozmawiam ze znajomymi, którzy interesują się jakąś dziedziną. Ale jak to często bywa w przypadku programów śniadaniowych, które tworzy się na żywo, tematy się zmieniają. Zdarzy się jakiś wypadek albo gość nagle informuje nas, że nie może przyjść - i już zamiast np. o tym, jaki wybrać fundusz emerytalny, musimy rozmawiać o pszczołach. Trzeba więc szybko reagować.

Dla mnie najtrudniejsze byłoby wstawanie o świcie. Przecież program zaczyna się już o szóstej rano!

Muszę być w telewizji o godzinie 4.30, więc wstaję 45 minut wcześniej, żeby tylko wziąć prysznic i zjeść śniadanie, bo mam tak, że kiedy jestem głodna, to jestem zła (śmiech). Korków o tej porze nie ma, więc dojazd zajmuje mi chwilę. Na miejscu robiony mam makijaż i fryzurę. Na szczęście podczas tych przygotowań mogę się trochę zdrzemnąć na fotelu.

To o której kładziesz się spać?

Kiedy zaczynałam pracę w „Dzień dobry, Polsko” miałam ambitny zamiar chodzenia spać o godz. 22. Ale nie udało się. Najczęściej zasypiam o północy, albo nawet później. Dlatego odsypiam po programie. Wszyscy dopiero jadą do pracy - a ja wracam do domu, żeby się położyć. Ponieważ zdarza się, że zmieniamy się dyżurami w programie, często wybijam się z tego rytmu i cały tydzień chodzę śpiąca. Jedynym wyjściem są dziesięciominutowe drzemki. Ponieważ zawód aktora w dużym stopniu polega na czekaniu, to często przerwy na planie zdjęciowym wykorzystuję na taką regenerację. (śmiech)

Miałaś jakieś wpadki na wizji?

Jedynie małe przejęzyczenia. Ale nie przejmuję się tym, bo nie zgrywam alfy i omegi. Co więcej, jeśli zdarzyła mi się pomyłka, to nawet sama z niej żartowałam, a nie udawałam, że nic się nie stało.

Pracowałaś z bardziej doświadczonymi koleżankami. Choćby z Anią Popek czy Pauliną Chylewską. Mogłaś liczyć na ich wsparcie?

Jak najbardziej. Zresztą każda osoba z produkcji była pomocna. Szczególnie muszę pochwalić Rafała Patyrę, mojego współprowadzącego. Ma ogromne doświadczenie telewizyjne, ale jest też bardzo ciepłym, życzliwym i pomocnym człowiekiem.

Z przyjemnością odczuwam ten gwałtowny skok adrenaliny, kiedy zaczyna się odliczanie i wejście na antenę

Nie ma między prezenterkami rywalizacji, która z Was lepiej wypadnie na ekranie?

Nie odczułam czegoś takiego. Może dlatego, że z założenia każda para miała być inna - i fajnie, bo w ten sposób cykl jest różnorodny.

Jak to się w ogóle stało, że postanowiłaś wejść w świat show-biznesu?

To była kręta droga. Kiedy miałam 16 lat, postanowiłam z koleżankami zarobić pierwsze własne pieniądze. Roznosiłyśmy ulotki - i dostałyśmy po 50 zł. Choć nie była to duża suma, to pierwsze zarobione pieniądze wyzwoliły we mnie chęć bycia samodzielną i niezależną. Zaczęłam szukać dodatkowego zajęcia. Pewnego dnia znalazłam w gazecie ogłoszenie o naborze modelek. Poszłam z koleżankami - a tam zażądano od nas 1500 zł za przygotowanie portfolio. Byłam przekonana, że tata zrobi wszystko, aby jego córka była szczęśliwa, poprosiłam go więc o pieniądze. „Niestety nie dam ci. To oszustwo. Bo jakbyś się im naprawdę spodobała, to wzięliby od ciebie pieniądze z pierwszej wypłaty” - powiedział tata. Uznałam więc, że mnie nie kocha i popadłam w rozpacz (śmiech). Ale po tygodniu zadzwonili z agencji z propozycją współpracy. Tata ustalił wtedy z nimi sensowne warunki - i tak zostałam fotomodelką.

Świat modelingu obrósł różnymi mitami. Które z nich są prawdą, a które nie?

Prawdą jest to, że dziewczyny nie jedzą i głodzą się. To dla mnie straszne, bo uwielbiam jeść. Prawdą jest, że trafiają się dziwne propozycje - choćby ze strony fotografów - i trzeba umieć powiedzieć stanowczo „nie”. Playboye krążą wokół modelek i tylko czekają, aby którąś upolować. Powinno się więc wchodzić w ten świat bardzo ostrożnie. A to nie takie proste, bo niektóre dziewczyny zaczynają pracę mając po 13 lat. Nie wiem, jak one są w stanie sobie poradzić. Ja miałam wsparcie rodziców, którzy mnie bardzo dobrze wychowali i wiedziałam, co jest ważne, a co nie.

Dlaczego ostatecznie zrezygnowałaś z tej pracy?

Bo musiałam się głodzić. (śmiech) Gdy wyjechałam na kontrakt do Chin, trafiłam tam na takie fajne ciasto, które bardzo mi zasmakowało. No i przytyłam - miałam jak najnormalniejsze wymiary, ale jak na modeling - za duże. Kazano mi schudnąć, a ja powiedziałam „nie”. Pracy tej jednak zawdzięczam to, że pojeździłam trochę po świecie. I nauczyłam się otwartości na innych ludzi i inne kultury.

Modeling odtworzył Ci też drogę do aktorstwa?

Jako fotomodelka zaczęłam kręcić reklamy. Podczas realizacji jednej z nich zaproszono mnie na casting do serialu „Plebania”. Kiedy zobaczyłam tam sto dziewczyn, z których każda miała już jakieś aktorskie doświadczenia, stwierdziłam, że nie mam szans i podeszłam do castingu z nastawieniem, że na pewno mi się nie uda. A okazało się właśnie, że dzięki temu, iż się nie zestresowałam - wypadłam bardzo naturalnie i dostałam rolę. Gdy weszłam na plan, okazało się, że to jest właśnie to, co chciałabym robić.

Dlaczego wybrałaś aktorskie kursy w Los Angeles, a nie szkołę nad Wisłą?

Kiedy wraz z muzycznym projektem „Poland? Why Not”, który pomagałam przygotowywać, poleciałam do Indii, poznałam tam małżeństwo producentów z Hollywood. Bardzo się polubiliśmy. Opowiedziałam im o mojej aktorskiej pasji - a oni zaprosili mnie do siebie, na tzw. rekonesans. Poleciałam więc do Stanów na miesiąc. A oni, choć mieli mnie przedstawić swoim znajomym aktorom, wręczyli mi na powitanie klucze, poprosili, bym zajęła się ich domem i... wyjechali w świat na kolejne muzyczne produkcje. (śmiech) Musiałam więc sobie radzić sama.

Trudno było młodej Polce odnaleźć się w Hollywood?

Już jako modelka należałam do zamkniętej społeczności internetowej „Small World”, która skupiała ludzi z całego świata. I tam poznałam Roega Sutherlanda, syna tego znanego aktora, Donalda, i brata, też aktora, Kiefera. Zakumplowałam się z nim - ale mając 21 lat nie wiedziałam, że to jeden z najbardziej wziętych agentów w Hollywood. Kiedy pojawiłam się w Los Angeles, zaproponowałam mu kawę. „Przyjedź do mnie do biura, to pogadamy” - odpisał. Nasza rozmowa była bardzo fajna i szczera. Roeg powiedział mi wprost, że o pracę w tym zawodzie jest bardzo trudno, a z moim akcentem będzie mi jeszcze trudniej, ale może polecić mi dobre szkoły, gdzie warto pójść na kursy aktorskie. Bardzo się polubiliśmy i do dziś utrzymujemy kontakt. Wzięłam sobie do serca jego rady i stwierdziłam, że zainwestuję w swoją edukację. Gdy potem dostałam wizę, zostałam w Los Angeles na 4 lata.

Zagrałaś kilka ról w amerykańskich serialach i filmach.

Najpierw pracowałam jako kelnerka, dopiero potem jako statystka i wreszcie jako aktorka. Amerykański plan jest zupełnie inny niż polski. Nie tylko dlatego, że jest większy, ale też dlatego, że wszystko tam idzie szybko i sprawnie, każdy szanuje swój i cudzy czas. I właśnie tam nauczyłam się profesjonalizmu: wchodzę na plan, robię swoje, nie narzekam i schodzę. Wszyscy przecież gramy do jednej bramki, nie ma więc sensu marudzić.

I znów to samo pytanie, co o modeling: które mity dotyczące Hollywood okazały się prawdą?

Choćby ten, że co krok ładna i młoda dziewczyna trafia tam na facetów, którzy przedstawiają się jako producenci, reżyserzy czy aktorzy, a tak naprawdę mają co innego na myśli i zupełnie inne zamiary. W moim przypadku nie było tego jakoś wyjątkowo dużo, może dlatego, że od razu stawiałam sprawę jasno: „Jestem z Polski, przyleciałam tu uczyć się, nie interesuje mnie nic innego”. (śmiech) To zawsze działało jak zimny prysznic.

W końcu wróciłaś do Polski. Dlaczego?

Bo tu jest łatwiej. Gram w swoim języku, rynek jest mniejszy, już mnie znano z „Plebanii”. Miałam jednak trochę stracha przed powrotem. W końcu nie było mnie tu aż 4 lata. Musiałam więc znowu zaczynać od początku. Zdecydowałam się jednak i nie żałuję. Mam tu więcej pracy i mogę się rozwijać. Choć najpiękniejsze lata swego życia spędziłam jak na razie w Los Angeles.

Wracasz tam czasem?

Tak. Ostatnio choćby obchodziłam tam 31. urodziny. Staram się co najmniej raz w roku polecieć do Stanów. Mam tam dużo przyjaciół i bardzo za nimi tęsknię. Lubię ten amerykański luz i pozytywne podejście do życia. Brakuje mi tego w Polsce.

Tutaj wkręciłaś się mocno w seriale z „Na dobre i na złe” na czele, gdzie grasz już od pięciu lat. To przypadek czy tak chciałaś?

To wyszło spontanicznie. Wracając do Polski, zaczęłam chodzić na castingi. W międzyczasie wpadłam na pomysł, aby znów lecieć do Stanów - tym razem do Nowego Jorku. Byłam już tam na miejscu, kiedy dostałam informację, że wybrano mnie do głównej roli kobiecej w serialu „Malanowski i Partnerzy”. Miałam więc duży dylemat. Choć miałam za tydzień zaczynać legendarną szkołę Lee Strasberga, znów postanowiłam wrócić. I tak zaczęła się moja przygoda z telewizją.

Dlaczego nie udało Ci się przebić w kinie?

Bo nie mam skończonej polskiej akademii teatralnej. A reżyserzy i producenci wolą aktorki po polskich szkołach. To jest krzywdzące i kompletnie tego nie rozumiem.

Nawet amerykańskie kursy nie pomagają?

Nie. Też mnie to dziwi. Może chodzi o zawiść? A może o to, że dziś coraz więcej dziewczyn z Polski z nich korzysta? Ja zrobiłam je dziesięć lat temu - i wtedy to było u nas coś wyjątkowego. Cóż: chodzę na castingi i próbuję walczyć o kolejne role. To jednak nie jest proste. Praca w filmie jest zupełnie inna niż przy serialu. Kiedy grałam w serialu „Malanowski i Partnerzy”, spotykałam się z tymi samymi aktorami i ekipą aż przez pięć lat. Byliśmy więc jak jedna wielka rodzina. A na planie zdjęciowym ma się czasem 20 dni zdjęciowych, a czasem tylko dwa. Nie ma więc takiej atmosfery jak przy serialu, stosunki z innymi są znacznie luźniejsze.

Gwiazdy ignorują młode aktorki?

Bardzo różnie. Często od razu na wstępie znajomości pada pytanie: „Po jakiej jesteś szkole?”. No i wielu znanych aktorów już na początku jest do mnie uprzedzonych. Ale są też tacy, którzy na wiadomość o kursach w Hollywood reagują entuzjastycznie: „Fajnie, że też chciało ci się wyjechać!”.

Nie bałaś się zagrać w „Smoleńsku”? Że zamknie Ci to niektóre drzwi?

Jestem aktorką - zdecydowałam się i zagrałam. Aktorzy grają, ale nie mają wpływu na ostateczny kształt filmu, a tym bardziej na jego odbiór.

Jesteś wyjątkowo piękną kobietą. Myślisz, że niektórzy reżyserzy mogą myśleć w schematyczny sposób: „Ładna to głupia”? I dlatego nie angażują Cię do bardziej wymagających ról kinowych?

Jest coś takiego. To są stereotypy, z którymi bardzo trudno się walczy. I tak mam szczęście, że nie jestem blondynką. (śmiech).

Masz jednak poczucie humoru, co jest rzadkością wśród aktorek.

Trzeba mieć luz i dystans do siebie. Po co się niepotrzebnie nadymać? To chyba dzięki temu, że spędziłam właśnie cztery lata w Ameryce. Nikomu niczego nie zazdroszczę, każdy pracuje jak umie i ma to, na co zasługuje. Pod tym względem pobyt w Los Angeles bardzo mi się przydał. (śmiech)

Na wstępie naszej rozmowy powiedziałaś, że bardzo Ci się spodobała praca prezenterki w telewizji. Będziesz chciała iść dalej w tym kierunku?

Tak. Różne ciekawe projekty i propozycje, ale na razie nie mogę o nich mówić, bo są one objęte tajemnicą.

A jak spędzisz wakacje?

Wybieram się samochodem do Chorwacji i trochę pozwiedzać.

To będzie samotna podróż?

(śmiech) To się okaże. Wszystko na razie jest w trakcie ustalania.

Czytaj więcej:

  • Jak to się w ogóle stało, że Anna Lucińska postanowiła wejść w świat show-biznesu?
  • Anna Lucińska o swoim życiu zawodowym i prywatnym, o porannym wstawaniu, wyjeździe do USA i pracy na wizji
  • Czy aktorka nie bała się zagrać w "Smoleńsku"?

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Expressu Bydgoskiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Expressu Bydgoskiego
  • codzienne e-wydanie Expressu Bydgoskiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Paweł Gzyl

plus.expressbydgoski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2017 Polska Press Sp. z o.o.

Monitorujemy anonimowo aktywność na stronie, korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.